Mój dziadek kilka lat spędził w Afryce Północnej, skąd nawiózł do Polski masę egzotycznych cudów natury. Wśród nich były "Róże pustyni" czyli gipsowe kryształy zbite w większą grupę przypominające płatki róży, a jedna z nich do dzisiaj zdobi kominek w moim domu. Natomiast nigdy bym nie przypuszczał, że coś podobnego do naszej ozdoby kominkowej może być tak ogromne. Jak zwykle niezastąpiona droga krajowa numer 40 przez dobre kilka kilometrów prowadziła nas pomiędzy takimi skałami! Momentami czułem się jakbym zmniejszył się do rozmiarów mrówki i wędrował po naszej rodzinnej ozdobie kominkowej.
Quebrada de las Flechas, bo tak nazywa się owa gigantyczna formacja skalna rozciąga się na długości ok 4 km, ale tego dnia nie było to jedyne miejsce warte zobaczenia na naszej trasie.
Miasteczko Cachi leżące kilka kilometrów za miejscem gdzie droga numer 33 łączy się z drogą nr 40 wygląda jak typowe meksykańskie miastecko na pustyni, ale to przecież nie jest Meksyk, tylko Argentyna niemniej jednak dostęp do takich samych materiałów i wspólna konkwistadorska przeszłość sprawiły, architektonicznie miedzy tymi regionami nie ma wielkiej różnicy.
Koniec naszej podroży po tej cudownej drodze numer 40 miał miejsce w Cafayate mieście słynącym z produkcji wina. Produkowane tam są wina różne i różniste – możliwie najdroższe i takie całkiem tanie. Przez cały pobyt w Argentynie moją dużą sympatią obdarzyłem serie 3 win produkowanych właśnie w tym miejscu o Rutas de Cafayate, nawiązującej do drogi krajowej numer 68, przy której znajdują się cudowne formacje skalne umiejscowione na etykietach win. Niestety nasz autostop który przewoził nas tą drogą przemkną nią bez żadnych postojów a my skalne grzyby mogliśmy podziwiać wyłącznie przez okno. To jest kolejne miejsce w Argentynie, do którego musimy kiedyś wrócić.