W czasie mojej wizyty w Amsterdamie w końcu udało mi się odwiedzić muzeum narodowe. Chyba się starzeję, bo nie koncert i hologramy, a właśnie 5h spędzone w muzeum było dla mnie główną atrakcją wyjazdu.
Do budynku wszedłem nieco po 12stej, zakupiwszy wcześniej bilet przy pomocy kodu QR przed wejściem. Nie znalazłem żadnego punktu kasowego, a w całym muzeum akceptowane są tylko płatności kartą. Budynek muzeum podzielony jest na 4 piętra udostępnione do zwiedzania.
Bardzo chciałem zapoznać się z kolekcją w kolejności chronologicznej, tak aby lepiej zrozumieć historię Holandii. Prawie mi się to udało. Zacząłem od parteru i części ze sztuką z lat 1100-1600. Nie jest mój ulubiony okres historyczny i w sumie to przeszedłem dość szybko, w tamtym czasie centrum rozwoju w Europie znajdowało się we Włoszech. Wypatrywałem tylko dzieł Hieronima Boscha, były to jednak próżne wysiłki.
Bardzo mocno przemówił do mnie obraz Dobry Samarytanin z roku 1537. Miłość do bliźniego jest o wiele ważniejsza niż rytuały i instytucje religijne. Czuję, że taki przekaz położył solidne podwaliny pod reformację w Niderlandach.
Religia była zresztą tłem wojny domowej. Do dziś kraj podzielony jest na dwie części, protestancką północ i katolickie południe. Podział jest nie tylko instytucjonalny, ale również mentalny. Ten rozłam przedstawiony został też w sztuce. Przyglądając się bliżej obrazowi Połów Dusz z 1614 roku można łatwo wywnioskować po której stronie Renu został on namalowany.
Historia Holandii nierozerwalnie połączona jest z wodą i morzem. W końcu, duża część populacji mieszka na terenach wyrwanych morzu. Tak zmieniały się Niderlandzkie granice na przestrzeni lat.
Morska historia kraju siłą rzeczy odbiła się w sztuce. Przebieg wojen z Hiszpanią, Anglią czy Francją często decydował się właśnie w bitwach morskich, a obecność na morzu dała Holendrom kontrolę nad odległymi koloniami.
To właśnie dostęp do morza przez miasta portowe był oknem na świat i hubem dla wymiany kulturowej i przepływu nowych idei. Historia Holandii to jednak też historia ciągłej walki z morzem i wielu powodzi.
Bardzo ciekawym przykładem takiej inspiracji są fajanse z Delft. Zdobione orientalnymi i marynistycznymi motywami, a w okresie największego rozkwitu produkowano ich ponad 1mln sztuk rocznie. Czymś absolutnie chyba najbardziej holenderskim jest specjalny wazon do florystycznych aranżacji. Wzorowane na chińskiej porcelanie wyroby ceramiczne były szczególnie popularne pomiędzy 1650 a 1750 rokiem. W tym czasie Holandia była już zamożnym krajem, wyroby rzemieślnicze, ozdoby i stroje świetnie to oddają. Holendrzy już wtedy bardzo dobrze rozumieli pojęcie "wartość dodana", a nierówności społeczne były stosunkowo niewielkie. Tymczasem w Polsce próbowano gonić ilością produkowanego zboża, a chłopów pańszczyźnianych wyciskano jak cytryny.
W ogóle natomiast nie rozumiem fenomenu Rembrandta, ot, światło na twarz, cały trick. A już czymś absolutnie dziwnym dla mnie jest poświęcenie całej sali obrazowi Straż Nocna. Może to taka Holenderska Bitwa Pod Grunwaldem? Nawet nie zrobiłem zdjęcia. Z obrazów bardziej znanych ciekawie było natomiast się przyjrzeć powtarzalnym pociągnięciom pędzla na autoportrecie Van Gogha. Mleczarka Vermeera nie zrobiła na mnie jakiegoś super wrażenia. Bardzo mi się za to podobał na żywo Pejzaż Zimowy z Łyżwiarzami, obraz będący znakiem zmian klimatycznych, teraz nie ma takich zim w Holandii.
Moją polską duszę bardzo poruszyła wystawa Holenderskiego romantyzmu, a w szczególności dwa obrazy B.C. Koekkoeka. Podobnie jak większość wystawionych malarzy, to nazwisko było mi wcześniej obce. Pejzaże zrobiły mi bardzo milutkie uczucie, być może dlatego, że ten zimowy został namalowany w pobliżu miejsca, w którym mieszkałem.
Holenderskie krajobrazy były dla Koekkoeka zbyt nudne i płaskie, artysta wyemigrował więc do Niemiec.
Romantyzm jednak ma niewielki wpływ na ducha holenderskiego narodu. Dużo bardziej dominujące były wpływy oświeceniowe. Jak powiedział mi znajomy Holender; społeczeństwo tutaj raczej opiera się na faktach. Pierwszy mikroskop, a parę lat później pierwszy teleskop, zegar wahadłowy, giełda, a nawet pomarańczowe marchewki, to wszystko Holenderskie wynalazki. Zaciekawienie światem, chęć pogłębiania wiedzy i otwartość połączone z protestanckim etosem pracy i koniecznością ciągłej walki z morzem. Taka jest Holandia.
Jako ostatnią zwiedziłem wystawę poświęconą przedmiotom użytku codziennego i broni zlokalizowaną na parterze, po drugiej stronie budynku. Tutaj spędziłem najmniej czasu, nie z powodu braku zainteresowania, ale przez komunikat o zamknięciu muzeum nadawany z głośników. Muzeum polecam, ale warto zarezerwować sobie więcej niż 5h. Najwyższego piętra ze sztuką ostatniego stulecia również nie zdążyłem zwiedzić. Może następnym razem, a do Amsterdamu na pewno wrócę.
This report was published via Actifit app (Android | iOS). Check out the original version here on actifit.io