Dziwny jest ten tydzień jeżdżenia rowerem. Poniedziałek był świetny, natomiast wszystkie kolejne dni przypominają niski sezon letni — taki moment, w którym ludzie tłumnie chodzą do restauracji, a kurierzy głównie grzeją ławki. Tyle że teraz mamy minus 7 stopni.
Wczoraj jeździłem prawie 7 godzin i zarobiłem nieco ponad 230 zł. To wynik słaby, zbliżony do minimalnej krajowej, więc trudno mówić o satysfakcji. Jazdę podzieliłem na dwa etapy — w połowie wróciłem do domu na krótki odpoczynek i wymianę baterii. Co rzadko mi się zdarza, zjadłem też na mieście prostego kebaba. Jak na mnie to był wyjątek.
Samo jeżdżenie od początku było bardzo skromne. Kursy trafiały się rzadko, były słabo płatne i rozciągnięte w czasie. Z tego powodu kilka razy zatrzymywałem się w galeriach handlowych, po 5–10 minut, żeby się ogrzać. Finalnie był to dzień, który zapamiętam głównie jako dzień, w którym podpadła mi aplikacja Volt.
Z jednej strony wprowadzono bardzo dobrą opcję — informację o orientacyjnej wadze zakupów. To ogromne ułatwienie. Jeśli widzę, że zamówienie ma ważyć ponad 9 kilogramów, to wiadomo, że na rowerze po prostu tego nie biorę. Jedno takie zamówienie anulowałem. Limit to 10 anulacji miesięcznie, więc uznałem, że warto oszczędzać zdrowie i nie próbować wozić rzeczy ponad siły.
Problem pojawił się gdzie indziej. Wziąłem zakupy, które według aplikacji miały być lekkie — i faktycznie takie były. Ich waga nie uniemożliwiała jazdy rowerem. Natomiast gabarytowo kompletnie nie mieściły się w torbie. Musiałem zostawić ją uchyloną, żeby w ogóle coś do niej zmieścić.
I to jest moment, który naprawdę mnie zirytował. W niedomkniętej torbie znajdowało się jedzenie dla klienta. Mam dziś wyrzuty sumienia, że wiozłem jedzenie w taki sposób, bo drugie zamówienie fizycznie nie mieściło się w torbie. Chodziło o papier toaletowy — około 10 rolek — który po prostu nie dał się sensownie upakować w standardowej torbie kurierskiej. Nie chcę tak pracować i takie sytuacje zwyczajnie mnie wkurzają.
Mimo wszystko warto wspomnieć o jednym miłym elemencie dnia. Jeździłem wczoraj również po centrum Gdańska. Przejażdżka wzdłuż Motławy była ciekawa wizualnie. Zabytkowy, historyczny Gdańsk — dawny port, dziś kamienice nad rzeką — w tej pogodzie wyglądał wyjątkowo. Motława była częściowo oblodzona, a miejscami płynęła rozdrobniona kra, czyli śryż. Widok był naprawdę interesujący.
Na koniec o planach. Chcę napisać artykuł — albo serię artykułów — o jeżdżeniu rowerem po Gdańsku, z podziałem na dzielnice. Wykorzystam dane z Wanderer Earth, gdzie dokładnie widać, po ilu dzielnicach jeździłem i w jakim zakresie. Na tej podstawie spróbuję subiektywnie opisać, po których częściach Gdańska jeździ się rowerem najlepiej.
This report was published via Actifit app (Android | iOS). Check out the original version here on actifit.io