SPOILER: Poniższy fragment tekstu, którego za chwilę przeczytasz przedstawia subiektywną opinię o Bonobo i jego płycie. Sam autor nie słuchał poprzednich albumów tego artysty, więc mógł pewne rzeczy nie zrozumieć, albo nie zna o nich z anegdot czy materiałów dotyczących samego DJ-a i producenta. Dla twojej wygody, jeśli znasz biegle tego artystę, zakończ czytanie tej recenzji na tym akapicie.
Dziękuję.
Kim jest ten mityczny Bonobo, o którym kiedyś rapował O.S.T.R., że chciałby być taki w robieniu bitów jak on? Zdolny, mocny MC w samplowaniu? Gibon, który wariuje wśród koczkodanów swoją eklektycznością i swoim niepowtarzalnym soundem? Czy takim chromatronicznym eksperymentatorem bitów z butiku, lumpeksu, second-handu?
Na te i inne pytania odpowiedź ukryta jest w brzmieniu tego albumu. Simon Green jako słynny losangelesańczyk znający brzmienia londyńskie i detroit zafascynował krytykę, właśnie nie samym początkiem kariery w końcówce lat 90. - ale w 2003 r. kiedy ukazał się słynny album zatytułowany Dial "M" for Monkey który wywarł spore wrażenie na tamtejszej scenie elektro i hip-hopowej, przyjmując wiele rozwiązań ze scen eksperymentalnych, glitchu, trip-hopu i funku na grunt tak małych przedmieść Miami i innych miast, w sam raz dochodząc po drodze przez kanał La Manche do rzeki Tamizy nad Tower Bridge.
Na tej tegorocznej płycie jest sporo featuringów, m.in. Miguel Atwood-Ferguson znany z projektu "Chicago Waves" z Carlosem Ñino, Kadhja Bonet, Jamila Woods jako poetka i wokalistka, Joji (aka Georg Miller), Jordan Rakei oraz wielu innych gości.
Bystrość artyzmu samego Simona i jego talent do sprowadzania tak bogatej grupy ludzi do swoich projektów udzielił mu się tym razem, najpierw wystarczyłoby jednak zobaczyć, na ile takie standardy bogactwa w featach są warte po sięgnięcie miliona z nieba?
Pierwszy feature i pierwsze zauroczenie skrzypcami. Polyghost z dogranym instrumentarium Miguela, z małym zig-zagiem syntezatorowym Bono to sam gwarant tego, że ten album jako taki jest ciepły i przystojny do tego, aby móc spacerować z nim w słuchawkach przy uszach w ciepłe, deszczowe dni po parku czy skwerze. Taka cisza przed burzą z mocnym akcentem smyczkowym. Dobrze wróży.
Teraz wokale Jordana oraz zaprogramowane 32 tonów w Cieniach (Shadows, jak kto woli). Loungowa estetyka i wywrotność daje o sobie znać. Są małe przemykające się jakby smyki, kliki i klaki - jakbym to nazwał w samej sekcji perkusyjnej - SPD 30 oraz przewijający się przez to długi, z krótkimi odstępami chord syntezatorowy. Taka promenada dźwięków wychwytywalna przez dobre głośniki czy kolumny z ustawieniem 5.1 tworzy dobre wrażenie i nie jest to płaski charakter tej części albumu.
Rosewood to balkon z widokiem na ogród różany, ale za to dosyć smętny i amelodyjny. To tylko taki deep house'owy utwór skoncentrowany na swoiście, zbladłym charakterze. Jeden sampel, kilka uderzeń basów mniejszych, przesmyk taneczności zależny od uderzenia nózką w parkiet. Niby nic, a minimalizm w szerszej perspektywie koherentny z chilloutowym.
O'tomo nie jest nowym rodzajem wołacza w 3 os. przypadku męskiego - albo nijakiego. To po prostu efekt współpracy Georga z Simonem, lekko ambientowy i dosyć przyśpieszony track jak na ówczesne produkcje. Rytmika około 95 - 100 bpm, progresywnoklubowa dynamika i dużo eteryczności. Skryty jakby w obłokach brzmienia downtempo-chill utwór będący dobrym bangerem na porządną prywatkę / domówkę (niepotrzebne skreślić) karnawałową.
Tides to klasyczny urban pop czy też nu soul w porządnym wydaniu, z wokalem Tamilli przypominający dobre produkcje takich tworów jak Puffa Daddy czy zespołu Portishead. Dużo migueliańskich wiolonczeli przy końcu, muzyka w sam raz do eksplorowania kosmosu na ciemnym, pokrytym gwiazdami niebie.
Nie uważam (i nie darzę sympatią Simona za jego twórczość) tego albumu za osiągnięcie muzyki z wyrażnym kierunkiem endemicznym dla Wysp i Stanów - pozbawioną tych świdrygałów (którymi je tak nazywam) takich jak: za duży gloom, za spora kompresja i słabe akordy na synthach oraz stuningowane do granic możliwości wokale. Ale to jest minimalizm wdzięczny i energetyczny. Takiego brzmienia mistrzów harfy, wioli oraz oscylatorów chciałbym słuchać w takowych płytach - codziennie. Ale nie jeden młody talent na takiej współpracy z takim mistrzem by się przejechał, gdyby plan na taką płytę nie zostałby wykonany w ponad 100%.
Takiej wartości rytmu i zgrania jego samego nie warto zdewaluować, ani przecenić.
Ocena: (8/10,5)