Tam gdzie kończy się Elder, czy inny heavy-metalowy wymysł a'la Saxon czy Pigs Pigs Pigs... tam się kończy estetyka. I to nie w jawnie ukazanym tego rodzaju porządku.
Phillip T. King - kompozytor, tekściarz kilku albumów zespołów takich jak Galaxy czy Butterfly wraz z Jackiem Phillipsem spróbował odejść od tego, co robił wcześniej, mianowicie robić muzykę bazowaną na osiągnięciach sceny kalifornijskiej i londyńskiej przełomu lat 60. / 70. i zaczął poszukiwać własnych brzmień, lecz trochę z kolorytem takiej sztampowości w nieodkrywaniu jej samej. Czyli miotania górnymi akordami w A - D - B - D - C bez końca, z dosadnym metrum 4/8 i z ciągłymi przemianowaniami niższych tonów na większe. Jak to w rocku progresywnym dobrze się komponuje tworząc takie triady melodyczne, lub polifonie chromatyczne, tak samo dobrze w stonerze gra się zaledwie trzema - albo - czterema akordami w stylu podobnym do tetrachordu. Ale to jest dla redaktora tejże rubryki zbyt skomplikowany temat (łatwy do ośmieszenia się) by móc go rozciągnąć na te szersze obszary.
Zatem przechodźmy teraz do struktury interwałowo-partyturalnej płyty.
Strangers Street to... umówmy się, niezbyt udana fotokopia Roberta Planta i jego spółki. Rzewne miauczenie, ciągła abstrakcja różnych obejść monochromatycznych - przechodzących w aeoliańskie. Zwarte, ciągłe skoki napięcia są przy samym ciągłym powtarzaniu tego obejścia kilka razy. Tej monotomii bardzo w tymże rodzaju muzyki nienawidzę.
Czyżby Whole Lotta Love z początku udawało różne produkcje Toola? Nie, jeśli ten utwór nazwiemy Memory i nadal będziemy kopać ten dołek z wapnem braku intrygujących mnie rytmów i akordów. Mały pokrzyk na końcu w tytułowym refrenie utworu można przebaczyć, tak samo ten pokrzyk uuu-aaa na końcu. Ale jakoś nerwów ze słuchania mam jakby więcej.
Wreszcie nastąpiło otrzeżwienie - i następuje przerwa w copypastingu cudzych styli - i nagle zakwita nam na polu mały, niewinny Blue Flower. To prawie jakby uplightcore z dużą ilością djentowych bębnów. Wojskowe metrum utrzymane przy bridge'u utworu, z świetnym riffem przybudowanym do sznytu gitary Phillipa. Choć wątpię w to, że to tylko efekt jedynie jego pracy, to jednak póżniej wyśmienicie się zgrywa jakby z neo-doriańskim pokrzykiem wokalu, jakby to nie był Tool - a bardziej Halloween.
Bed of Spiders to same zaskoczenie. Płyta zaczyna brzmieć jakby w stylu Alice Coopera, ale to nie jest glam. Tylko - jak wspomniałem wyżej - harmoniczny uplightcore z domieszką importów z innych styli. Dobry tekst, płynne przejście, taki najbardziej popowy ze wszystkich utworów na tej płycie utwór, który dobiera sobie za cel być zapamiętanym w głowach - jak najwytrwalszych na te dźwięki - słuchaczy.
Singiel tytułowy z płyty ma się jednak trochę blado, to jest trochę taka szarpanka bębnów z gitarą. Jeden - drugiemu nie chce ustąpić w tej potyczce miejsca, przynajmniej do drugiej minuty tego starcia. Chóralne zaśpiewy to jakby zerżnięte z pierwszych płyt The Gregorians. To efekt tzw. scholi parafialnej. Niby śpiew czysty, ale tempo i przedłużenie (legato tempo) barwy wokalu w dalszej części zniewala nadal, i nie pozwala na niekonwencjonalne eksperymenty z skokiem na wyższe oktawy.
Trudno powiedzieć, czy ten album jest wpływowy dla stoneru tej dekady. Równie dobrze to jego demontaż przez wszystkie przypadki, tak jak demontaż lustrzanki aparatu na części. Niby Australijczycy w jednej - dwóch osobach w zespole mogą więcej ze swoimi ampami, wokalistyką podobną do Yes czy Def Leppard, eksilibrystyką gitar i basów, czy ciągłym i żywym tłuczeniem w perkusję. Ale na opinię szerokiego (że acz wąskiego) nurtu słuchaczy nie zasługuje. Nieco odpadków w grze jest, ale tonacji się trzymają.
I to jedyne, co trzyma ich przy tej sztuce.
Ocena: (4,85/10,5)