Scena oksfordzka jest mocno charakterystycznie utwierdzonym punktem na mapie Zjednoczonego Królestwa, oprócz sceny cantenburiańskiej, birminghamskiej oraz manchesterskiej. Tam usadzone są ciemniejsze brzmienia opływające tonią lekkiego neo-romantyzmu, a często nawet rytmów modularnych i psychodelicznych, nawiązujących do odkryć takich formacji jak Caravan czy Soft Machine Roberta Wyatta i jego spółki z elementami lokalnego folkloru.
Jednak co do formacji współczesnych jak Black Country, New Road czy Beak sama tonacja powyższego omawianego w tej recenzji zespołu Yannisa Philippakisa i paru innych jego kolegów ma bardziej art-popowy charakter.
Foalsi od początków dekady lat 10. XXI wieku wychodzili ze swojego math-rockowego brzmienia zapoczątkowanego debiutanckim album Antidotes, samemu Guy Daviemu który tworzył mastering płyt wielu artystów jak Grace Jones, Neil Landstrumm czy The Offspring nie śniło się nigdy, że będzie on realizował najbardziej mroczną (po samym "Cavalcade" black midi - którego tutaj recenzowałem) płytę mieszający donośnie grający no wave z melodystyką francuskiego avant-popu i nutką skleconej na szybko dozy sensacji rodem z poezji surrealistycznej (tj. "flash poetry"). Jednak same datowanie pierwszych utworów grupy szacuje się na 2006, kiedy to wydali singiel z utworem Try This On Your Piano, a niemal rok póżniej swoją debiutancką EP-kę z utworami które weszły do tracklisty Eliksirów. Kolejne rozdziały twórczości jak Total Life Forever który uwydatnił to co bardziej melodyczne w grze samych Foalsów i stworzył z tego dojrzalszą muzykę drogi łączącą indie pop z odrobiną dysharmonii i suspensu, czy Holy Fire mający bardziej dyskotekowy, lecz prowincjonalny charakter takiej przystani form i modaliów w jednym, mający na koncie słynny banger jakim jest My Number, ale i refleksyjny Milk & Black Spiders z nieco kosmicznym zacięciem. What Went Down to była bardziej bluesowa odmiana synkopijnego grania na 16 barach, nieco dorównująca takiemu islandzkiemu Kaleo ale też drapieżna w swym męskim wymiarze sonorycznym.
Koniec końców sam najnowszy wytwór chłopaków Yannisa stał się ekspozycją światłoczułą indie odbitą na kalce lekkiego post-punkowego eklektyzmu na samą harmonię i do bólu przesadną pentatonikę, gdzie każdy rytm i dźwięk czy to Fenderów, czy podstawek, czy synthów jest wyszczególniony i kontrastowo do siebie zbieźny. Więcej postawiono na autoironiczność, trochę idealizmu takiej kobiecej oniryczności wziętej z klasyków dream popu mających duży pierwiastek męski, ale wyproporcjonowany sferycznie w pośrednich triangulacjach (nie tylko modularnych).
Dużo bełkotu? No to szykujcie się na jeszcze więcej, bo będzie teraz rozbieranie tego tworu na części.
Tytułowy utwór to duże parcie na tzw. granular synthesis z użyciem organków (przecinających każdy takt drobnym "przeplotem") oraz zabawą 808-ką z tropikalnymi, woodblockowymi uderzeniami o bębny. W tle znany z kartdridży gier na Nintendo64 ciemny bas. To niby lekki chillstep zmieszany z shoegazem (ponieważ głos Yannisa jest mało utrwalony w tym nagraniu) ze standardami zahaczającymi trochę o italo disco. Muzyka wypoczynkowa, do spędzania wieczorów przy basenie.
Wake Me Up ze zduszonymi basami potrafią przyprawić głośniki o udar, czy nawet coś w rodzaju interferencji pogłosów / basów / tonów średnich i niskich. Kontynuacja tej samej tonacji z poprzedniego utworu, jednak z dosyć unikalnym riffem z gloomowym zwieńczeniem. Niby mała rzecz, a dostrzegalna.
Krowi dzwonek i lekki trzask gitary z przesmykiem tleniących się basów? Kto inżynierowi nagrania zabroni! Oto 2 AM uwalnia takie samcze esprit, dając temu kosmicznemu klimatowi trochę imprezowego groovowego rytmu. Autor tekstu szuka odnowy w tym, co niechwytne, w wiecznym niedosycie chwil a zarazem abstrakcji w tej bezceremonialnej tęsknocie za oblewaniem toastów, chodzeniem ze znajomymi w dziwne, obskurne miejsca (czasem prowadząc urbex po ciemnych spelunkach, starych łaźniach czy bunkrach), robieniem z tego ciekawych, unikalnych wspomnień by się nadawały do ukazania gdzieś na TikToku czy IG i mieć z tego powodu kogo ghostingować nim wzejdzie świt i już tych czarujących się imprez nikt nie będzie pamiętał.
2001 to już czysty chillwave z dużą nawiązką sentymentalną, ukłon w stronę milenijnych beatów takich artystów jak JXL czy Daft Punk (słychać tam brzmienie a'la "Around The World" w samej warstwie bębnów?) - pochopnie wzięty przykład dyskotekowej dekadencji przemieszany z stylistyką lat 80. nie mający zbyt wiele odniesień do rzeczywistości, ale w swej pozie aż tak sięgający dynamizmem, że nawet na jakieś plejce z rytmami '00s by się znalazł.
Flutter to mały powrót do tych matematycznych-lo-filnych początków Foalsów, ale zbyt ekspresyjny by mógłby być prawdziwy. W dodatku te pogłosy shoegaze to coś co zniża poziom tego albumu, dbający tylko o taneczność, niż o sensu stricto samej warstwy słownej. Jakby to by powiedział Wojciech Mann: "nie robi mi to dobrze, w sensie umysłu".
Czy jednak powiedziałbym o tej płycie tak jak ongiś sam Mann o twórczości Kasabian w towarzystwie Anny Gacek? Nie. Ale sam koncept albumu jest irytujący. Zbyt dużo linearności, za mało charakterności. Ale chyba tak miał się w historii oksfordczyków zapisać. Szkoda tylko, że nie wpleciono tam ciemniejszych form jakie towarzyszyły latom 2008 - 2010. Jednak trzeba mieć opór do takich easy listeningowych form wibracji, bo nawet hiperrealne stają się wtedy... mało realne. I zbyt marzycielskie.
Jednak na otarcie łez wolałbym wrócić do starszych rzeczy, jak i demówek samych nagrań. Ponieważ to dosyć liberalna, lecz stępiona nieśmiałością i filigranowością ekspresja - to takie inwencje twórcze łatwo da się obalić i zastąpić czymś dynamiczniejszym i ruchliwszym, coś co wstrząśnie słuchaczem od pierwszej linii melodycznej.
Ocena: (4,85/10,5)