Co łączy El Paso z Bamako? Zapewne nic oprócz prawie pustynnych obszarów, rześkiej aury trwającej od marca aż do października, oraz dziwnej mieszanki ludności. Co łączy natomiast tajski samolot z Mi-28 robionym na potrzeby AAM (Armée de l'Air du Mali)? Również nie wiele oprócz prawdopodobnej większej masywności skrzydeł.
Jednak jest jedno co łączy obu tych artystów kooperujących ten wspólny album. Miłość do lekko korzennych brzmień. Khruangbin jako wybitny tercet z Houstonu zapisał się u mnie w pamięci pełnometrażowym fantastycznym wcieleniem, jakim jest Mordechai i od razu stał się takim anthemowym, dobrze prosperującym albumem lata 2020 roku, w którym o spokojne i ciche dni było wtedy trudno niż kiedykolwiek. Nieco słabiej poszło im z serią Texas Sun / Moon w której było więcej tego sentymentalnego, zbyt błogiego funkowego grania, tak jakby schematyczność nadaną przez ich zespół definiujący ich muzykę jako muzykę drogi przyćmiła rzewna tęsknota za dawnym Zachodnim Wybrzeżem oraz rozdrabnianie starych standardów bluesowych w długim dysonansie.
Innego artystę jednak mało znam, a ta sylwetka jest o wiele ciekawa. Vieux Farka Touré (syn wybitnego Aliego Farka Tourégo, znanego w subkontynentalnej Afryce jako "malijski Ry Cooder") kontynuuje schedę po swym ojcu, grając na gitarze ze znanymi artystami jak Dave Matthews, Toumani Diabaté (równie dobrym wirtuozem kory - południoafrykańskiego instrumentu strunowego) czy Shakirą i K'naanem podczas otwarcia Mistrzostw Świata w piłce nożnej w 2010 r. w RPA. Tworzy swój kolektyw składający się z miejscowych muzyków francuskich, izraelskich i malijskich. Po ojcu umie posługiwać się kilkoma językami tamtejszych ludów: Fulfulde, Tamasheq, Songhay i Bambara. Nazywany w odróżnieniu od swojego rodziciela jest gitarzystą na miarę Jimiego Hendrixa.
Pustynne, melodyczne brzmienia połączone z luzackim stylem gry tercetu z Teksasu zyskały na wadze istnienia nowej fali bluesowej sceny w rejonach, gdzie muzykowanie o prawdziwym życiu w Mali kończy się bardziej wykreśleniem z obszaru życia publicznego danych osób, którzy mówią głośno o korupcji na szczeblach władzy, skrajnym ubóstwie, przekrętach naftowych z tamtejszymi władzami organizacji zaprzyjaźnionych z Al-Qaidą oraz Rosją Putina, wydobywaniu przymusowo przez niewolniczą pracę zatrudnionych biednych Malijczyków złoż minerałów i kamieni szlachetnych, zabójstwach dokonywanych przez oddziały Wagnerowców będących na misji "stabilizacyjnej" obejmujące te obszary zwykłych cywilów oraz wielu innych rzeczach, które są na domiar przejmujące że trudno o nich mówić tylko na kilku linijkach zdań wyjętych z kontekstu kulturowego tego subkontynentalnego państwa w zachodniej Afryce.
Co by to nie było, unikając dalszych rozwarstwień, to po prostu lekki funk mający pod sobą też trip hopowe rytmy, ale i także właśnie pustynnobluesowe akordy. O czym można się przekonać samemu, jednak polecam się najpierw zaopatrzeć z moją opinią.
Początek pierwszego utworu jakim jest Savanne przypomina mi klasyczny standard Petera Greena z Fleetwood Mac odegrany dawno temu przez Carlosa Santanę. Post-rockowe, organowe leady nałożone na siebie harmonicznie z plumkaniem zestawu perkusyjnego a zarazem grą samego Vieux dodają takiego odium efemeryczności, jakbyśmy też słuchali ten utwór dłużej niż 10 razy a na dodatek podobieństwa jeśli chodzi o format akompaniamentu gitary są zbliżone.
Nieco takiego kolonialnego charakteru nabiera Lobbo z pogłosem nagrań terenowych w tle (zaśpiewu ptaków oraz spływu wody), tu mamy dalszą część minimalistycznej formy z dosyć mizerną obsuwą synthów prowadzących i powolne, przyjazne słuchaczowi tempo z zaśpiewem głosu Vieux trwające pętlą przez cały czas trwania utworu.
Lo-fi hiphopowe soundy ujawniają się w Diarabi, tekst mówiący o suchocie serca oraz czystym spojrzeniu na ulatujące wiatry (?). Tu także nie mamy niespodzianek, pętla z małym dodatkiem gitar pod koniec. Jednak to się prosi o remix.
Tongo Barra to jedyny, luźny i zarazem dynamiczny utwór jak do tej pory utrzymany w konwencji melodycznego roots z małą proporcją co do funkowej osłony. Pachnie bardziej dawnymi jam sessions bluesmanów z lat 50. a zarazem nie traci nic na taneczności, bo to jednak o wiele gładki w formie i lotności utwór w stosunku do przysmęcającej pierwszej części płyty.
Objawienie przyszło z Tamallą... a raczej miało nadejść, tylko jednak to jest bardziej gospelowy zaśpiew również bez większych niespodzianek. Ale jest za to porządna ścieżka gitarowa po środku jako taki smaczek. No i tuaregańskie gibkie rytmy z powolnych przejawiające się w szybsze.
Album jak widać trochę trąci nudą, ale jednak to jest muzyka kolonialna z potrzebami bycia zrozumianą, skoro mówi tutaj o dzisiejszym Mali w szerokim horyzoncie w dosyć jaskrawych, ale i ciemnych barwach. Vieux dowodzi tu, że jest inny od swojego ojca jeśli chodzi o melodykę i spontaniczność rytmów, ale to bardziej zasługa Laury i jej zespołu że tak mocno te pustynne brzmienia zamerykanizowano. Czasem te odchyły dały się słyszeć przy równych taktach pierwszych utworów.
Nie mniej jednak na leniwą niedzielę przy herbatce i czymś do szydełkowania, malowania czy rysowania się nadaje. Babie lato w Mali staje się wtedy bardziej kolorowsze niż tu w Europie.
Ocena: (6/10,5)