To raczej powinien być Szybki SPM, ponieważ tak naprawdę ta pani w swojej twórczości jest tak jakby taką przyrodnią siostrą Hani Rani (pomijając już to, że mają te same poglądy na muzykę czy tę samą barwę głosu - no, prawie). Podobieństwo do siebie nawzajem wyrażają niemalże od 15 lat, tyle zresztą trwa ich współpraca wg. wywiadu udzielonego dla Radia Kapitał. Razem koncertują, nagrywają płyty, które w świecie współczesnej muzyki klasycznej (contemporary classical music) robią niezwykłą furorę. Bez stałego managmentu, żadnych kontraktów, tylko jedna wieczysta umowa z wytwórnią Deutsche Grammophon zrobiła wiele by podbiły razem wszelkie koncertowe hale świata.
Tak naprawdę, nie wiem czy nawet pisanie tego wstępu jest rozsądne, bo wiele osób zarzuca Dobrawie i Hani takie "odsztywnienie" muzyki klasycznej jako coś niebywałego, czyli mieszanie mainstreamowego czy alternatywnego popu z orkiestracją instrumentów nadających się do eksponowania tylko w cichych halach filharmonii. Termin "muzyka po(p)ważna" skontruowany przez Bartka Chacińskiego z "Polityki" nadał temu zjawisku mieszania się popularnych artystów takich jak Sting, Moby czy Tori Amos ze światem klasycznego grania pewien negatywny ton, że tacy wielcy popowi muzycy i wokaliści próbują zaprzyjaźnić się z twórczością Bacha, Mozarta czy Straussa w pewnym dystansie, ale łamiąc postulowaną przez lata przez wytwórnię z Hanoweru zasadę, że nie należy sprowadzać pojęcia muzyki klasycznej do poziomu przeciętnego, radiowego czy słuchającego streamingu słuchacza. Czy jakby to chciał widzieć Piotr Mika z "Ruchu Muzycznego", pewnego upadku wyższej kultury na niziny. Ale tu zdarzają się wyjątki, ponieważ młody dyrektor departamentu ds. nowego repertuaru w DG Christian Badzura przyjął w objęcia swe wiolonczelistkę i zaoferował jej niestałą współpracę przy produkcji "Inner Symphonies" z Hanią właśnie. I teraz mała dygresja: wyobraźcie sobie, że duet Marek i Wacek (tu jakby ekstensywnie zmarnowana analogia, bo jednak to są artyści grający muzykę zarówno klasyczną, jak i popularną) podpisują z DG kontrakt na zrobienie takiej ambitnej płyty z współczesną muzyką klasyczną, tylko z elementami takiej ambientowej elektroniki czy nawet trip-hopu, soulu i funku i zaraz taki szef departamentu ds. nowego repertuaru miałby ich stąd zaraz pogonić, bo to się nie przyjmie taka muzyka w uszach "starych wyjadaczy", którzy są zachwyceni nadal pięćdziesiątymi wersjami interpretacji "Wariacji Goldbergowskich" Bacha czy "Koncertu fortepianowego A minor" Mozarta, a poza tym słupki sprzedażowe tych płyt w digitalu czy w physicalu nawet nie wzrosną, więc nie macie po co do nas startować, dzięki nara. No, to jest w pewnej mierze do wyobrażenia, ale przejściowo. Poza tym, jest dzisiaj dużo więcej wydawnictw, które mogą się cieszyć taką renomą jak "żółta" wytwórnia, które są w pełni niezależne i mają szeroki wachlarz muzyczny łączący klasykę z awangardą, spektralizmem, elektroniką, hip-hopem, jazzem itp. - więc tacy Marek i Wacek szybko znaleźli by alternatywę, co w latach 80. gdzie w Polsce był tylko Polton, czy Tonpress czy nawet w 90. gdzie było mnóstwo wydawnictw zagranicznych, ale niekoniecznie mających polskie kierownictwo i na początku dwutysięcznych nie było aż takie łatwe. Chociaż to analogia dosyć chybiona, ponieważ DG nie musi zaraz mieć polskiego kierownictwa, bo ich wydawnictwa są dobrze w Polsce znane dzięki współpracy wielu wydawców, będących nawet w Polskim Radiu gdzie jednak jest popyt. A nawet taki John Zorn współpracował ze Stingiem jak i z innymi artystami przy produkcji albumu z piosenkami Kurta Weila, więc jakby to nie mówić, bliżej takiej klasyki muzyki nawet jeśli to musical, co nie? :)
Lecz wracając do samej Dobrawy, ten album jest kwintesencją tego, co na islandzkiej scenie muzycznej jest dobrze znane od dawna: płomiennej dzikości instrumentów strunowych, mocnych suspensów i ciągłych melanges melodii z atonalnością. Nie ma w sobie jednych utworów takich, a drugich takich. Jest po prostu to zrobione przemyślanie i technicznie z dozą precyzji kobiety, która z wiolonczelą zna się dużo czasu. Ale czy na pewno? Przekonajmy się.
Ulotna esencja opadającego na ziemię kurzu, czy sadzy sypiącej się z kominów. To właśnie brzmienie wstępniaka płyty, jakim jest Prologue. Niby to ma być jednostajne wprowadzenie słuchacza w repetywną, metrotonalną podróż po jałowej ziemi (lecz nie eliotowskiej) okrytej szarzyzną płowych gruntów, a bielą topniejącego śniegu, jednak jest dużo jest marzycielstwa i nieskrępowanej niejednorodności. Tutaj każdy dźwięk jest inny, żaden się nie kanibalizuje. Jak na początek - nieźle.
Z Doppelgängerem kojarzy mi się bardziej Wolfgang Voigt z projektu GAS, a sama nordycka fiksacja na punkcie tajemniczości i repetywności przerzuciła się w stronę niemieckiego, folkowego półdźwięku. Harmoniczność porozrzucana na strzępki z dosyć romantyczną jak u Goethego przelotnością chwili (czy też młodości) nadaje tło temu utworowi dosyć bezpretensjonalnie charakter żywego romansu natury z nieznajomą etiologią psychiki człowieka. Co łatwo te romantyczne tło przekrywa kinematyczność linii melodycznej, jakby to była melodia pod pewien film dokumentalny o topniejących lądolodach na Grenlandii.
Carollowskie gonienie "białego zająca" jako chwili utkwione zostało w Chasing The Now. To utwór sonatyczny, mający w sobie pewien komentarz do obecnej sytuacji człowieka współczesnej epoki: nadmierna konsumpcja, kryzys klimatyczny, uchodźcy, wojny, głód i choroby wewnętrzne oraz zewnętrzne - to wszystko jest utkwione niczym klisza fotograficzna w jednym dziele, mówiącym o tym, jak świat idący za tym teraz może wyglądać, jeśli będzie tamtym teraz, którym straszą nas w ogóle klimatolodzy, socjolodzy i różnej maści aktywiści. I czy to teraz będzie gorszym od tego, co jest obecnie. Szarpnięcia strun przy końcu dodają ciarek, a zarazem zastanawiają nas nad stanem ludzkiej psychiki oraz gospodarki w świecie pełnym nierówności, podziałów i niechcianych, a bardzo upragnionych konfliktów.
Filmowe wstawki z małymi wpływami amerykańskiego minimalizmu objawiają się w Forgive. Cudowna kompozycja z dosyć epickim nastawieniem, ale jak na kinematyczną część albumu ma to swoje inwencyjne podjazdy do tego, co nazywamy światem ożywionym. Rwące potoki lawy z wulkanów, tętniące życiem strumyki, zielone wzgórza, wiejące wichry, latające smoki i ptaki, to wszystko co w dziele godnym "Eragona" czy "Hobbita: czyli tam i z powrotem" jest widoczne przez samą linię melodyczną.
Od czasu rekompozycji "Czterech pór roku" Vivaldiego przez jedną z gwiazd wytwórni DG jaką jest Max Richter, nie powstał inny bazujący na tym gruncie utwór co sama Zima. Tu mamy hipnotyzujący obraz zawiei śnieżnej widziany z okien oczami pewnej dziewczyny, która chciała stworzyć o tym partitę na wiolonczelę. Skandynawska sfera zwycięża nad tym minimalizmem w tym wymiarze, zaprzęgając do tego utworu w domyśle i w przenośni stado biegnących husky pędzących za swoim towarzyszem na saniach przez długą, śnieżną krainę. Sonoryczność jest tu tylko zarezerwowana dla początku, cała reszta jest popchnięta w stronę czystego kinematyzmu.
Przyznam się, że ta recenzja miała mieć swój jednostronny charakter od samego początku. Bo przecież nie chciałem tu obrazić samej światowej sławy młodej wiolonczelistki, jaką jest Dobrawa a przybliżyć to, jak jest ona traktowana przez polski, radykalnie konserwatywnie nastawiony rynek muzyczny i samych felietonistów na równi z gwiazdami sceny pop, którzy determinują istnienie współczesnej muzyki klasycznej jako pomostu pomiędzy krótką, łatwą i przyjemną sztuką produkowaną często pod masowego słuchacza, a trudną i skomplikowaną dla wymagających odbiorców. To tak jak karać twórców piosenek do filmów Disneya za to, że mieszają melodyczność musicalową z taką wczesnoromantyczną czy wczesnobarokową wirtuozerią i robią z tego pop, który wcale tak nie brzmi jak pop (bądź nie musi, o ile nie jest on radykalnie popowy sam w sobie). Kto uważa, że muzyka współczesna i awangardowa nie ma płynnej tożsamości i nie może np. tworzyć hyperpopowych utworów - ten jest w błędzie.
Dobrawa nie jest jak Hildur Guðnadóttir, która miała swoje początki w zespole trip-hopowym, ona ma swoją osobowość i umiejętność robienia z prostych rzeczy wymyślnych i przykuwających uszy melodii. A po ostatnim albumie z OST do filmu o rzeźbiarzu Albertim Giacometti jej rówieśniczki, jestem pewny że w dobrym towarzystwie na pewno odnajdzie swoją drogę.
Sam album warty jest przesłuchania nie jeden, ale nawet kilka razy, by się przekonać czy rzeczywiście to są tropy, które zostały już wytarte przez innych, czy to bardziej autorska klasyka pisana na bazie tego, co wszyscy znamy.
Ocena: (7/10,5)