W dniu 12 marca roku pamiętnego w kwaterze głównej Królestwa Bez Kresu () odbyła się dyskusja poświęcona powieści Cormacka McCarthy'ego The Road. Jako że to ja zgłosiłem kandydaturę tej książki, czuję się wywołany do tablicy i spróbuję podsumować najważniejsze wątki, jakie pojawiły się w naszej dyspucie. Ponieważ rozmowa była wielowątkowa i trochę chaotyczna, zamiast zwartej, „gazetowej” notki opiszę całą rzecz w kilku punktach.
UWAGA: Poniżej występują psujki, czyli tzw. spojlery. Czytasz na własną odpowiedzialność!
Na miejscu pojawiło się w sumie pięć osób aktywnie uczestniczących w rozmowie, co stanowi nowy rekord w krótkiej historii Book Clubu. Niestety, dopiero po kilkunastu minutach zorientowaliśmy się, że popełniliśmy mały błąd już na starcie. Jeden z uczestników zwrócił uwagę na to, że tak naprawdę każdy z nas powinien na wstępie wyjaśnić, „skąd przychodzi”, czyli pokrótce opisać swoje doświadczenia z gatunkiem postapokaliptycznym. Zaraz potem dodał, że tematykę ludzkości po zagładzie zna głównie z filmów i gier komputerowych, a jeżeli chodzi o literaturę, głównie z zapoczątkowanej przez Dymitra Głuchowskiego serii Metro, którą określił jako „literaturę lotniskową”, czyli mierne czytadła. Właściwie jedyną powieścią postapo na wysokim poziomie, którą zna, jest Kantyczka dla św. Leibowitza. Tutaj przytaknął mu siedzący obok kolega, który stwierdził, że Leibowitza traktuje jako jedno z najlepszych dzieł w gatunku zaraz obok Ostatniego brzegu (nie doprecyzował, czy mówi o powieści, czy o jej ekranizacji).
Przy tej okazji wyszło na jaw, że tylko jeden z nas, to jest
, obejrzał ekranizację Drogi z Viggo Mortensenem w roli głównej. Z tej przyczyny na czas rozmowy został naszym prowizorycznym ekspertem od kinematografii, którego kilka razy pytaliśmy o zgodność filmu z literackim pierwowzorem.
Szybko okazało się, że książka wzbudziła bardzo różne reakcje. Sam bez ogródek stwierdziłem, że ją uwielbiam, bo była dla mnie całkiem nowym doświadczeniem w porównaniu z dziełami gatunku postapo, które dotychczas poznałem. Zupełnie odmienną opinię miał nieformalny założyciel naszego klubu
, który mocno skrytykował książkę głównie za styl literacki i psychologiczne nieprawdopodobieństwo głównego bohatera, ale też pozostałych postaci.
Naszemu włoskiemu przyjacielowi zdecydowanie nie podobała się proza autora Drogi, która jego zdaniem była zbyt oszczędna i „sucha”. Zdaniem Lorenza pisarz zbyt mocno skupił się na szczegółowych opisach żmudnych, banalnych czynności wykonywanych przez bohaterów, przez co akcja powieści toczy się ślamazarnie wolno. Przytaknął mu kolejny dyskutant, który użył standardowego zwrotu „za dużo opisów przyrody”, który wszyscy znamy z lat szkolnych. Jako człowiek (czy raczej dewiant), któremu w epoce licealnej bardzo podobało się Nad Niemnem, od razu sprzeciwiłem się takiemu postawieniu sprawy. Stwierdziłem więc, że bardzo podoba mi się takie, zupełnie dla mnie nowe dla mnie, drobiazgowe podejście do codzienności ludzi rozpaczliwie walczących o przeżycie, dla których wrogiem nawet groźniejszym od ludożerców są deszcz, mrok i rozpadające się buty. Dodałem też, że krótką przecież powieść czytałem bardzo powoli i dokładnie, właśnie po to, żeby czytać między linijkami i wyłapywać najmniejsze niuanse. Tymczasem okazało się, że reszta uczestników miała bardziej zwyczajne podejście i lekturę zakończyła dosyć szybko.
Pojawiło się pytanie o obecność Boga i wiary w powieści. Dyskutanci po kolei przypominali sobie bluźnierczo-rozpaczliwą modlitwę głównego bohatera, marginesowe wzmianki o „kultach krwi” czy też zakończenie, w którym Chłopiec nie potrafi modlić się do Boga, ale do swojego rodzonego ojca już tak. Nie wyciągnięto żadnych wiekopomnych wniosków.
L. wytoczył ciężkie działa, stwierdzając, że książkę czytało mu się jak scenariusz filmowy, jakby pisarz patrzył na wyobrażone wydarzenia przez obiektyw kamery. Uznał to za tani, efekciarski chwyt, podobnie jak pojawiające się tu i ówdzie okrutne obrazy, np. scena z odnalezieniem zwłok upieczonego przez ludożerców niemowlęcia. Nasz advocatus diaboli wręcz porównał drogę do podrzędnych filmów grozy typu gore. W ramach kontrargumentu ktoś stwierdził, że jeśli chodzi o przemoc i okrucieństwo, ten gatunek po prostu nie może się bez nich obyć. Ja sam dodałem, że kinematograficzne spojrzenie pojawia się jedynie epizodycznie, w pojedynczych scenach i być może jest ukłonem w stronę mniej... wyrobionego i cierpliwego czytelnika. Oponent skrzywił się niemiłosiernie i pozostał przy swoim stanowisku.
Powraca zarzut o absurdalne zachowanie ludzi pojawiających się na kartach powieści. Wiadomo Kto stanowczo stwierdził, że wzajemna, wyniszczająca walka, którą prowadzą, to jakieś zupełne wariactwo, bo naturalnym odruchem powinna być raczej współpraca i wzajemna pomoc w obliczu sytuacji prawie beznadziejnej. W odpowiedzi słyszy stwierdzenie, że Droga przedstawia jeden z najbardziej pesymistycznych scenariuszy sytuacji po wojnie atomowej, tzw. nuklearną zimę, gdzie nie przetrwały prawie żadne rośliny i zwierzęta, więc ocaleńcy nie mają motywacji do tworzenia grup myśliwych czy wspólnej uprawy roli. Ktoś stwierdza jednak, że w takim razie trzeba sobie zorganizować jakąś hydroponikę, szklarnię i worek nasion, ktoś inny sprzeciwia się, bo takie cuda techniki trzeba najpierw znaleźć, a potem dysponować wcale nie powszechną wiedzą i umiejętnościami.
Konkluzja: Po prawie dwóch godzinach rozmowy doszliśmy do wniosku, że podpisujemy protokół rozbieżności i pięknie się różnimy. Oprócz mnie nie było nikogo, kto zachwyciłbym się dziełem McCarthy'ego, chociaż większości lektura się podobała. Mimo wszystko okazało się, że to jednak dzieło niebanalne, bo dyskusja była dosyć emocjonalna i potrwała dłużej niż przewidywaliśmy. Jeśli chodzi o wnioski praktyczne, okazało się, że dobrze jest mieć pod ręką kopię książki z fiszkami i notatkami, żeby w razie czego szybko znaleźć ważny fragment. Poza tym czytnik Kindle okazał się, delikatnie mówiąc, mało poręczny przy takich poszukiwaniach.
Tyle mojej relacji. Następne spotkanie w dniu 9 kwietnia.