I oto jesteśmy już na ostatnim zakręcie podróży po Jordanii. Podobno szczęśliwi czasu nie liczą, jednak sztywne terminy lotów nie pozwalają o sobie zapomnieć. Po noclegu w Madabie, z samego rana ruszyliśmy nieco większą ekipą naprzód, kierunek: Góra Nebo. Poza miejscem, z którego Mojżesz ujrzał Ziemię Obiecaną, zabiorę Was jeszcze do starożytnego miasta Jerash oraz do stolicy Jordanii, czyli Ammanu. Pasy zapięte i gotowi do drogi? Zatem ruszamy drogie Panie i drodzy Panowie!
Góra Nebo
Widmo szybciutko upływającego czasu zmusiło nas do selekcji (przed degustacją 😊) kolejnych destynacji. Odpuściliśmy dogłębne eksplorowanie Madaby i czym prędzej ruszyliśmy naszą niezawodną furą w kierunku Góry Nebo. Szczerze mówiąc, to myślałam, że czeka nas jakiś skromny trekking, ale zanim się obróciliśmy, to już dojechaliśmy na sam szczyt 😉
Po Betanii za Jordanem, czyli miejscem chrztu Jezusa, Nebo jest chyba drugim najważniejszym dla chrześcijan miejscem na mapie Jordanii. Zgodnie ze Starym Testamentem, jako że Mojżesz popełnił grzech wobec Boga, miał on nie dostąpić zaszczytu wejścia do Ziemi Ojców. Bóg powiedział, że to właśnie tutaj on umrze. Na uczczenie tego faktu, na szczycie Góry Nebo znajduje się rzeźba z brązu symbolizującą laskę żydowskiego dowódcy Izraelitów opleciona wężem. Tak naprawdę na pierwszy rzut oka, swoim kształtem przypomina ona kształt krzyża. Popatrzcie sami na dzieło włoskiego artysty Giovanniego Fantoniego:
Przed krzyżem znajduje się wczesnobizantyjski kościół z pięknymi mozaikami w środku. Stanowi on sanktuarium Mojżesza, gdzie zarówno żydzi, muzułmanie jak i chrześcijanie przychodzą żeby się pomodlić.
Choć jest to piękny kościół, to jednak bardziej mnie ciągnie do brązowego krzyża i próby ujrzenia Ziemi Obiecanej tak, jak to miał ujrzeć Mojżesz. Jednak opary soli unoszące się z Morza Martwego trochę niweczą moje plany 😉 Niemniej, piękne miejsce i gorąco polecam się tutaj wybrać (nie tylko chrześcijanom).
Jak będziecie spacerować, to nie zapomnijcie zajrzeć do drzewka oliwnego, które zasadził Jan Paweł II w 2000 roku podczas swojej pielgrzymki.
Z informacji praktycznych warto wspomnieć, że wejście na szczyt jest odpłatny - 2 JOD (ok. 11 PLN) i nie obowiązuje tutaj Jordan Pass.
Pompeje Wschodu, tudzież miasto tysiąca kolumn
Jeszcze tego samego dnia wybraliśmy się do Jerash, miasta, którego historia łączy ze sobą elementy Starożytnej Grecji, Rzymu oraz arabskiego Orientu. Na bogato, a jak! I rzeczywiście całkiem na bogato to wszystko wygląda. Zapytacie skąd jednak określenie Pompeje Wschodu? Może niekoniecznie towarzyszył temu miejscu wybuch wulkanu, ale wynika to ze "wstrząsającej" historii tego miejsca, które wielokrotnie odwiedzały trzęsienia ziemi. Na wiele lat Jerash został, można by rzec, zapomniany. W XIX wieku na nowo świat o nim usłyszał dzięki niemieckiemu podróżnikowi Ulrichowi Seetzen. W kolejnym wieku zapoczątkowano liczne wykopaliska, trwające aż po dzień dzisiejszy. Dzięki temu Jerash odzyskało swój blask i należną chwałę. I tutaj z czystym sumieniem muszę przyznać rację, jest to naprawdę zachwycające miejsce. Powiem więcej, bardziej mi się podobał Jerash aniżeli Forum Romanum w Rzymie. A dlaczego? Sami popatrzcie. Albo lepiej, sami się tutaj wybierzcie i przekonajcie 😊
Ile taka przyjemność będzie Was kosztować? Jeśli zainwestujecie w Jordan Pass, macie problem z głowy. Jeśli jednak nie decydujecie się na JP, to wjazd wynosi "skromne" 10 JOD (ok. 55 PLN). Się gra, się ma, nie ma co 😉
Ostatni przystanek - Amman
Jak wyżej, ostatni przystanek to stolica Jordanii - Amman. Nie wiem czy wiecie (ja bynajmniej nie wiedziałam), ale niegdyś miasto to zwało się Filadelfią. A dokładniej, od III wieku p.n.e. wtedy to ziemie te zostały podbite przez Ptolemeusza II Filadelfosa (egipskiego władcę). W międzyczasie, poza panowaniem egipskim, również Turcy dorzucili swoje trzy grosze do historii tego miejsca. A jak ma się Amman w dzisiejszych czasach? Spore miasto, zamieszkane przez około 2,5 miliona ludzi (więcej niż w naszej najdroższej Warszawie). A pomyśleć, że jeszcze w 1946 roku (kiedy to Amman został stolicą niepodległej Jordanii) miasto to liczyło zaledwie ok. 30 - 40 tysięcy mieszkańców. Jakie były moje pierwsze wrażenia z bliższego spotkania z Ammanem? Bardzo dużo sklepów z różnego rodzaju pierdołami, całkiem sporo turystów i dominująca biel budynków. No i spotkacie bardzo dużo Polaków - w końcu bilety lotnicze są w przystępnych cenach, także nie bądźcie zaskoczeni. Ba, nawet spotkanie w większości te same osoby z podróży z Polski do Jordanii 😊
Jak można wypełnić swój czas w Ammanie? Jeśli chodzi o zabytki, to poleciłabym przede wszystkim dwa miejsca: cytadelę wraz z archeologicznym muzeum oraz amfiteatr. Cytadela Jebel Al Qala'a jest najwyższym punktem miasta - leży na 850 metrach n. p. m. Stąd podziwiać można panoramę miasta, na które składają się liczne wzgórza i osadzone na nich jasne budynki. Jeśli będziemy patrzeć nieco bliżej, zauważymy pozostałości świątyni Herkulesa, bazyliki bizantyjskiej i pałacu Umajjadów. Oczywiście nie ma wejściówki za darmo - jeśli nie macie JP, to zapłacicie 3 JOD (ok. 16,50 PLN).
Nam dodatkowo udało się załapać na kręcenie klipu do jednej z piosenek jordańskiego zespołu. Towarzyszyły temu pokazy tańców. Całkiem fajne doświadczenie, popatrzcie sami:
Po zwiedzeniu cytadeli polecam wybrać się na krótki spacer w kierunku amfiteatru rzymskiego. Położony u podnóża cytadeli, może pomieścić aż sześć tysięcy osób! No nieźle!
A kiedy tam już będziecie, to możecie również wejść do Muzeum Folkloru i Muzeum Tradycji Ludowych, położonych nieopodal. Generalnie z tego, co pamiętam, to wejście było płatne 2 JOD, ale znowu - w ramach JP wchodzicie za darmoszkę.
I coś dla łasuchów - jeśli lubicie jordańską szamkę (a mam nadzieję, że jak podróżujecie, to odpuszczacie fast food'y i inne europejskie znane dania), to nie możecie przegapić restauracji Hashem - tania knajpka z lokalną szamką w najlepszym wydaniu.
Jak już brzuchy będą pełne, to polecam w ciągu dnia bądź wieczorem zapuścić się w lliczne uliczki i znajdujące się tam sklepiki, gdzie na spokojnie będziecie mogli pozbyć się ostatnich dinarów. W co warto się zaopatrzyć? Ja osobiście polecam kupić kilka kostek mydła z oliwy z oliwek i z dodatkiem liścia laurowego (coś na wzór mydła z syryjskiego Aleppo; w Jordanii zapłacicie dinara za sztukę, a w Polsce minimum 30 ziko), błoto z Morza Martwego (tak, jest ono pakowane i sprzedawane), chusty arafatki, przyprawy czy np. herbatę. Do wyboru, do koloru, każdy na pewno znajdzie coś dla siebie. Tylko pamiętajcie o negocjacjach - może nie zawsze się udać, ale na pewno zawsze warto próbować 😉
Intensywny tydzień w Jordanii dobiegł końca. Przyznam szczerze, że szkoda, że tylko tydzień. Jest to zdecydowanie za mało czasu na spokojne odkrywanie i delektowanie się tym krajem. Jak mogę podsumować wrażenia z wyjazdu do Jordanii? Wielkie wow, bez kitu. Był to strzał w dziesiątkę jeśli chodzi o wybór kraju, z którego na nowo miałam rozpocząć moją tułaczkę po ziemiach azjatyckich. Dlaczego? Ponieważ Jordania ma niesamowicie bogate i zróżnicowane krajobrazy. Z jednej strony Petra, zaraz Wadi Rum, po chwili Dana i za moment Morze Martwe. Udając się dalej na północ mamy Nebo czy Jerash. No, nie można powiedzieć, że w tym kraju można się nudzić, oj nie. Nie tylko jednak krajobrazy mi w głowie. Przy bliższym kontakcie z lokalsami, sympatia do tego arabskiego kraju w moim przypadku tylko rosła. A bezpieczeństwo? No tak, w końcu kraj arabski, to koniecznie trzeba się bać, prawda? Otóż nic bardziej mylnego. Jeśli nie szukacie problemów, to one same Was również nie znajdą. To samo się tyczy kobiet podróżujących po Jordanii - moje drogie panie, nie ma się czego obawiać. Jeśli macie jednak jakieś pytania (nie tylko panie), gorąco zachęcam do wrzucenia ich w komentarzach 😊