śpię bardzo krótko, rano wizyta kominiarzy i coroczny przegląd - dostaliśmy zwyczajowy kalendarz, także SMS z przepływ informacji na temat ciężkich ostatnich wydarzeń z niezorientowaną osobą urzędową zakłócają poranek po kilku godzinach snu,
końcówka kawy (starczyło na jedną konkretną i później na poprawę jakoś ratuje sytuację
wiedziony impulsem czytam pierwsze rozdziały XVII hiszpańskiego artysty Francisco de Quevedo powieść łotrzykowska o przydługim tytule
"Żywot młodzika niepoczciwego imieniem Pablos, czyli wzór dla obieżyświatów i zwierciadło filutów".
wymaga kilkakrotnego sięgania do przypisów oddających znaczenie wieloznacznych pojęć ówczesnego języka kraju autora.
czyta się dość lekko, co ciekawe De Quevedo występował jako jeden z bohaterów cyklu powieści Pereza-Reverte o kapitanie Altriste.
dalej po pomniejszych próbach zniwelowania domowego bałaganu zabieram się za zwyczajowe działania popołudniowe - obiadowy spacer i wyjątkowo ćwiczenia na zewnętrznej siłowni - w tak słoneczne popołudnie jest to dość ratująca dzień aktywność, także pomniejszy urban exploring którym bawię się od dwóch dni znalazłem ciekawą lokację w najbliższym sąsiedztwie
popołudnie to trochę jazdy rowerem po mieście i dokupienie niestety zapasu tabaki której wczoraj znów po dłuższej przerwie zacząłem używać (captain black - niebotycznych rozmiarów opakowanie podrożał o 1.5 zł - tak czy inaczej to bezkonkurencyjna oferta jeśli nie zależy nam na jakości) .
planowałem spokojnie doczytywać "Upadek Gondolinu" JRR Tolkiena w ale wysłuchałem za to bardzo ciekawego wykładu o paleontologii i skamienielinach z cyklu czwartkowych spotkań dyskusyjnych (off-top tez był zacny) innymi słowy "dinożarły"
planowany tryb co-czwartkowy rozkładu tygodnia zmieniło też wyjątkowe odwołanie imprezy improwizowano-muzycznej w kontakcie.
mimo wszystko jest to nie-najgorszy dzień