Hej, chciałam się dziś w Wami podzielić moim pewnym przeżyciem, jakie miałam, kiedy skończyłam pisać jedno opowiadanie i które właściwie dalej mam za każdym razem, jak o nim pomyślę...
Ogólnie to sytuacja wyglądała tak, że już wcześniej napisałam jedną, dłuższą historię i potem zaczęłam pisać właśnie to opowiadanie, które postanowiłam wrzucić na koniec tamtej historii, jako powiedzmy "dodatek".
Kiedy pisałam to krótkie opowiadanie, przez cały czas miałam takie wrażenie, jakbym żegnała się już z tymi wszystkim postaciami (szczególnie z głównym bohaterem), które stworzyłam do wszystkich moich poprzednich historii i jakby już nigdy nie miało być ich kontynuacji. Czułam się bardziej jak czytelnik, który wie, że czyta ostatni tom długiej serii i że już nie ma ciągu dalszego i jest mu z tego powodu przykro, bo już nie spotka nigdy więcej postaci, o których przygodach czytał i z którymi bardzo się zżył...
Było to dla mnie bardzo dziwne, bo przecież nie jestem czytelnikiem tych historii, tylko ich twórcą, autorem i przecież tylko ode mnie zależy, czy będzie kontynuacja, czy nie...
Choć może to było spowodowane tym, że póki co, nie miałam żadnego konkretnego pomysłu na kolejną część i tak to właśnie wyglądało...
Jakby to był już koniec...
Co jest w tym dość śmieszne, już kiedyś napisałam coś podobnego. Kiedy skończyłam pisać pierwszą historię, wiecie, taką pierwszą w moim życiu...
Napisałam wtedy cos takiego:
"Znacie to uczucie, kiedy robicie coś, co bardzo lubicie i pochłania Was to całkowicie? Aż tak bardzo, że nie jesteście w stanie skupić się na niczym innym i nie możecie myśleć o czymś innym, tylko o tym? Kiedy macie ważne sprawy do zrobienia, ale i tak wolicie je zignorować i zająć się właśnie tym czymś? Mieliście kiedyś tak, że przez dość długi czas coś robiliście, pracowaliście nad czymś, co było dla Was bardzo, bardzo ważne i w reszcie któregoś dnia ta praca dobiegła końca? Na pewno nie jeden z Was tak miał.
Czuliście wtedy taką dziwną pustkę w środku?
Ja tak miałam. Kiedy skończyłam pisać opowiadanie mojego życia. Szczerze się przyznam, że dość długo mi schodziło z pisaniem tego, a tak naprawdę, wcale nie jest takie długie… ale mniejsza o to. Kiedy wreszcie skończyłam pisać, wiecie, kiedy napisałam już ostatnie słowo epilogu i postawiłam po nim kropkę, poczułam się tak dziwnie… tak pusto.
Może spowodowane to było tą świadomością, że właśnie to skończyłam, że już nie będzie dalszego ciągu, że ci sami bohaterowie już więcej razem się nie spotkają, że ja się nie spotkam już z nimi w takim gronie, jak do tej pory…
Wcześniej to było zupełnie inaczej. Jak kończyłam pisać rozdział, pierwszą albo drugą część, czy po prostu przerywałam pisanie w połowie strony, nie czułam się źle, bo za każdym razem miałam tą pewność, że w każdej chwili mogę wrócić i pisać dalej. Choćbym miała to robić za godzinę, na następny dzień, czy nawet za tydzień.
Kiedy skończyłam pisać epilog, było zupełnie odwrotnie. Postawiłam tą kropkę, wcisnęłam Ctrl+S i koniec. Przez dłuższą chwilę patrzyłam w ekran mojego komputera i zastanawiałam się, co mam właściwie teraz ze sobą zrobić… Może Wam się to wydać śmieszne, ale naprawdę tak było.
W końcu się ogarnęłam i zabrałam za pisanie innych opowiadań, ale wiecie, zawsze będę tęsknić za moim „pierworodnym”. Żadne inne opowiadanie nie pisze mi się tak dobrze, jak pisało mi się tamto i z żadnymi innymi postaciami nie dogaduję się tak świetnie, jak z tymi, które pojawiły się w tamtej historii…"
Cóż, po napisaniu "pierworodnego" napisałam jeszcze kilka historii, jednak ta ostatnia, o której wspominałam na początku, zdecydowanie może być już ostatnią, szczególnie, że każdy następny pomysł przeżywa tylko kilka stron i jakoś tak umiera Śmiercią naturalną...
Mimo to mam nadzieję, że jeszcze uda mi się coś napisać z tymi bohaterami, bo naprawdę, będę za nimi ogromnie tęsknić...
*i sorki, że w tamtym tygodniu nic nie wrzuciłam, ale za to macie dziś takie długie zwierzenie z serduszka ;-)