Siemka po długiej przerwie, sory, że dopiero teraz wrzucam cokolwiek, ale w ostatnim czasie próbowałam naprawić mojego starego kompa i miałam ograniczone możliwość... Wiecie, pisałam na telefonie i w ogóle... Słabo... Ale już po wszystkim, więc biorę się za kolejne publikacje ;)
Dziś zaczynam z pierwszą częścią mojego starego opowiadania ;) Życzę miłej lektury ;-)
SCHODY DO NIEBA
Wyobraźcie sobie miasto. Zwykłe miasto, właściwie miasteczko. No i oczywiście jego zwykłych mieszkańców. Przeciętnych ludzi, takich jak Wy. Ludzi, którzy żyją sobie własnym życiem, nie wyróżniają się za bardzo, mają swoje rodziny i przyjaciół.
Wyobraźcie sobie, że prowadziłam zwykłe życie w miasteczku, które wydawałoby się, że jest zwykłe. Tak naprawdę, nie do końca tak było… w naszym miasteczku była jedna dziwna rzecz. Dla nas, stałych mieszkańców, ten widok stał się już całkiem obojętny, choć nadal w pewnym sensie nas fascynował. Było w nim coś pięknego, ale także coś przerażającego. Zdecydowanie przerażającego.
Pewnie każdy z Was zastanawia się, co to było za miejsce. Uwierzcie mi, żadne z Was nie chciałoby tam wejść. O czym mowa? Wyobraźcie sobie wzgórze. Po jednej stronie łagodny stok lekko prowadzący pod górę. Na samym szczycie płaski plac otoczony skałami. Ogólnie bardzo piękne miejsce, wiecie, z rodzaju tych, w które chodzi się na spacery w ciepłe, niedzielne popołudnia… Po drugiej stronie wzgórza urwisko. Niebezpieczne urwisko, a na dole rzeka. Na pewno widzicie to oczami swojej wyobraźni. Łatwo wyobrazić sobie coś takiego. Taki widok często pojawia się w filmach, w których bohaterowie uciekają przed wrogiem, trafiają właśnie na takie urwisko i mają tylko dwa wyjścia: zginąć przez skok w przepaść lub z ręki ścigającego ich... Potem oczywiście znajdują zupełnie inne wyjście z sytuacji, ale mniejsza o to. Ta historia nie jest o filmach i nie jest filmem.
Ale wracając do urwiska. Na jego końcu, właśnie tam, gdzie wszyscy boją się podejść, bo to grozi upadkiem z wysoka i śmiercią na miejscu, zaczynają się kamienne schody. Tak. Nie ma tu żadnej literówki. Dobrze przeczytaliście. Na końcu urwiska zaczynają się kamienne schody i prowadzą w górę. Gdzie? To jest dobre pytanie. Tak. Dobrze się domyślacie. Dowiecie się tego w trakcie opowieści. I tak. Po raz drugi, dobrze się domyślacie. Dowiecie się tego ode mnie. I jeszcze po raz trzeci: dobrze się domyślacie. Ja tam byłam. Ale na razie spróbujcie o tym zapomnieć. I tak pewnie nie zapomnicie, ale mam prośbę. Jak już dojdę do tego momentu, w którym powiem, że weszłam po schodach, przynajmniej udawajcie zaskoczonych, OK? Z góry dzięki.
Tak. Schody. Prowadzą w górę. Jakieś pięćdziesiąt metrów. Potem nie wiadomo, co jest. Schody znikają w potężnej mgle, która nigdy nie ustępuje z tamtego miejsca.
Pewnie zadajecie sobie pytania, skąd się w ogóle wzięły. Jak ktoś z Was pozna odpowiedź, dajcie znać, chętnie ją usłyszę. Nikt tego nie wie. Kiedyś, jak byłam bardzo małą dziewczynką pytałam o nie moją prababcię, która wtedy jeszcze żyła, ale nawet ona tego nie wiedziała. Te schody po prostu tam są. Od zawsze. Tak jakby powstały razem ze światem, kiedy został stwarzany.
Schody Do Nieba. Tak je nazywamy, choć pewnie nie tam prowadzą. Chociaż nigdy nic nie wiadomo. Prawda? Każdy, kto tam wszedł, nigdy stamtąd nie wrócił. Może rzeczywiście doszli do Nieba? A może po prostu gdzieś we mgle te schody nagle się urywają i każdy, kto po nich wchodzi spada w przepaść? Nigdy nic nie wiadomo.
Schody Do Nieba niezmiennie stały w tym samym miejscu, a życie w miasteczku płynęło dalej. Pewnie większość z Was chce już, żebym przeszła do konkretów, prawda? Najpierw muszę jednak opowiedzieć, jak to się wszystko po kolei wydarzyło. Jak to się w ogóle stało, że ja, taka zwykła dziewczyna weszłam po tych schodach. Nie interesuje Was to? To też jest ciekawa historia. No bo wiecie. Normalnie, to nigdy w życiu nie weszłabym po tych schodach, ale czasem nie ma się innego wyjścia, a czasem zostaje się zmuszonym. Nie życzę Wam, że by przytrafiło się Wam coś podobnego. Nigdy. I Wy módlcie się o to samo, bo to był największy koszmar, jaki kiedykolwiek przeżyłam.
OK, ale teraz pewnie każdy sobie myśli coś w rodzaju: „No przejdźże już do sedna dziewczyno!” Spokojnie. Właśnie przechodzę.
Na pewno każdy z Was ma sporą paczkę znajomych. I na pewno w tej paczce znajduje się jedna taka osoba, która nie potrafi usiedzieć na miejscu, napędza całą grupę do działania, wszystko chce zrobić i zobaczyć, a brawura to jej drugie imię. W naszej paczce tą osobą był właśnie X. Często ze znajomymi chodziliśmy na urwisko koło Schodów i wygłupialiśmy się tam. X zawsze bez lęku podchodził na sam skraj urwiska i patrzył w dół na rzekę, albo w górę i próbował dojrzeć, co takiego kryje się na szczycie Schodów za mgłą. Czy w ogóle coś tam jest, czy może Schody ciągną się i ciągną w nieskończoność…
Często opowiadał o tym, że chciałby wejść po kamiennych schodach i zobaczyć, co tam jest, a potem wrócić tą samą drogą. Wszyscy śmiali się z niego i mówili, że nie ma szans tego zrobić, bo przecież nikt jeszcze stamtąd nie wrócił. Wtedy on zawsze odpowiadał: „Skąd wiecie? Może jest stamtąd wyjście, tylko z jakiejś innej strony! Może gdzieś na świecie też są takie schody? Przecież, jak jest wejście, to musi być też wyjście!” Zgadzałam się z nim całkowicie, ale w ogóle nie pochwalałam tego, żeby wchodził po Schodach…
Tamtego dnia mieliśmy się spotkać, ale X nie przyszedł. Potem nie wiedzieliśmy się kolejnego dnia, potem jeszcze następnego, aż w końcu dotarło do mnie, że on naprawdę to zrobił! Poszedł Schodami we mgłę! Wyobrażacie to sobie? Nic mi nie powiedział i poszedł. Wiedział, że będę go powstrzymywała i robiła wszystko, żeby go zatrzymać, więc zrobił wszystko po cichu, żeby nikt nie zauważył. Kiedy to do mnie dotarło, złapałam pierwszą rzecz, jaką miałam pod ręką, która mogłaby mi się przydać, czyli mój wielofunkcyjny scyzoryk i pobiegłam na wzgórze.
Kiedy dotarłam do Schodów, zatrzymałam się przed pierwszym stopniem. Popatrzyłam w górę. Ogarnął mnie strach. Bałam się tam wejść, ale musiałam. Nie mogłam stracić X. W końcu się przemogłam i weszłam na pierwszy stopień. Potem na drugi i trzeci. Czułam, jak serce wali mi jak oszalałe. Miałam wręcz wrażenie, że jeszcze trochę i wyskoczy mi z piersi. Poczułam lekkie zawroty głowy. Schody były wąskie, nie miały żadnej poręczy, choćby z jednej strony i widząc przepaść poniżej, odczuwałam lekki dyskomfort spowodowany lękiem wysokości.
Zacisnęłam pięści. Nie mgłom się poddać na trzecim stopniu Schodów z powodu lęku wysokości… Po raz ostatni obejrzałam się za siebie i ruszyłam w górę zmotywowana do działania.
Urwisko było coraz dalej, a potężna, nieprzenikniona mgła coraz bliżej. Kiedy już pokonałam ogarniający mnie lęk wysokości, zaczął ogarniać mnie strach, że Schody nagle we mgle skończą się, a ja spadnę w przepaść.
Kiedy weszłam we mgłę, zatrzymałam się gwałtownie. Przed sobą nie widziałam dosłownie nic… za sobą też. Odwróciłam się i zeszłam kilka stopni w dół. Mgła powoli zaczęła ustępować i w oddali zobaczyłam urwisko. Wciągnęłam głęboko powietrze w płuca i znów ruszyłam w górę. Skoro zdobyłam się na tyle, by wejść we mgłę, dlaczego miałabym nie pójść dalej?