Rozejrzałam się. Nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie spodziewałabym się takiego widoku… Wokół mnie w różnych odstępach siedzieli zaklinacze węży. Było ich może ze dwudziestu. Każdy miał flet poprzeczny i grał na nim monotonną, usypiającą melodię. Przed nimi jak w transie kołysały się kobry. Od razu domyśliłam się, że to wcale nie liany łapały mnie wcześniej na schodach. To były te kobry! Gdzie niegdzie wbite były do ziemi paliki, do których przywiązane były liny. Obróciłam się. Za moimi plecami również był wbity taki palik.
Dalej po mojej lewej stronie w oddali wznosił się jakiś pałac albo katedra. Nie wiem, co to było dokładnie. Przyjmijmy, że pałac. Miał strzeliste, ostro zakończone wierze i podłużne okna. Był ciemny, jakby wzniesiony z jakiegoś brunatnego kamienia.
Wokół pałacu wznosiły się skały koloru piasku. Z takiej odległości, nie mogłam dojrzeć, co było za nimi i za pałacem. Odwróciłam się więc w drugą stronę, by zobaczyć, co tam jest. Przez kilkadziesiąt metrów rozciągała się płaska, kamienista równina, a potem zaczynały się zielone łąki i sad. Uniosłam brwi ze zdziwienia. Wy też bylibyście zaskoczeni na moim miejscu. To miejsce, w którym się znalazłam było zupełnie nietypowe, jakby z jakiegoś fantastycznego filmu!
Wahałam się przez chwilę, zastanawiając się, gdzie mógłby znajdować się X. W końcu postanowiłam zobaczyć, co kryje w swoim wnętrzu pałac. Podniosłam się z ziemi i ruszyłam w jego stronę. Dzięki chwilowej przerwie odzyskałam siły i mogłam iść dalej.
Z każdym moim krokiem pałac stawał się coraz większy i kiedy wreszcie stanęłam przed stopniami prowadzącymi do wejścia, doszłam do wniosku, że z większej odległości wydawał się naprawdę dużo mniejszy, niż był w rzeczywistości…
Przez dłuższą chwilę patrzyłam z zadartą głową na pałac. Mówię Wam, był na prawdę piękny! W końcu jednak weszłam po stopniach i nacisnęłam klamkę potężnych drzwi. Były ciężkie i musiałam oprzeć się na nich prawie całym ciałem, żeby je otworzyć. Zawiasy zazgrzytały przenikliwie. Przeszły mnie ciarki. To był jeden z tych dźwięków, których nikt nie lubi, bo ma się przez nie dreszcze i wychodzi na ciele gęsia skórka…
Wewnątrz wszystko tonęło w półmroku. Jedyne światło, dawały wysoko zamieszczone wąskie okna. U góry było jasno, na dole już mniej… Rozejrzałam się czekając, aż moje oczy przyzwyczają się do półmroku. Znajdowałam się w dużym holu. Gdzieś naprzeciwko mnie chyba były wysokie schody. Wszystko tu było wyciosane z tego samego ciemnego kamienia, co pałac, więc dodatkowo przy niezbyt dobrej widoczności zlewało mi się w jedną wielką całość i nie dostrzegałam szczegółów. Widziałam tylko tyle, że przy suficie wisiał ogromny żyrandol z drobnymi kryształowymi kamyczkami, które błyszczały w nikłym świetle, jakie wpadało tu przez okna…
Po chwili ruszyłam przed siebie. Dopiero kiedy potknęłam się o białe zawiniątko, zauważyłam, że na podłodze w równych rzędach leży kilkanaście zawiniętych w białe płótna… Chwila, co to właściwie było? Wyglądało trochę jakby w białych tkaninach znajdowali się ludzie… takie jakby mumie. Szczerze mówiąc, bardzo przestraszyłam się własnych myśli. Mimo to, drżącą ręką sięgnęłam do płótna i odwinęłam je… Trafnie się domyśliłam. W białe tkaniny rzeczywiście zawinięci byli ludzie! Ale nie jacyś zwykli ludzie! To byli moi znajomi! Rodzina!
Podniosłam się z ziemi i sięgnęłam do innego ciała leżącego obok, a potem do kolejnego… Byłam przerażona! Czułam, że ogarnia mnie panika, taka dziwna mieszanka paniki i paraliżującego strachu. Nie wiem, jak opisać to, co czułam w tamtych chwilach. W jednej chwili zrobiło mi się duszno, a serce biło mi jak oszalałe. Czułam, że zaczyna kręcić mi się w głowie.
Zaczęłam się cofać i kierować do wyjścia. Jeśli rzeczywiście X mógłby gdzieś tu być wśród tych ciał, chyba jednak wolałam tego nie wiedzieć. Wolałam wciąż uparcie szukać go w tym dziwnym miejscu.
Wybiegłam z pałacu. Przewróciłam się na schodach i spadłam z nich prosto w pył ziemi poniżej. Jęknęłam z bólu. Serce wciąż biło mi w piersiach jak oszalałe po tym, co zobaczyłam. Ból spowodowany upadkiem ze schodów wydał mi się niczym w porównaniu z tymi uczuciami, które wciąż we mnie buzowały.
Powoli podniosłam się z ziemi i otrzepałam z pyłu. Otarłam dłońmi łzy, które spływały mi po policzkach. Przez to wszystko nawet nie zdawałam sobie sprawy, że widok tych wszystkich ciał wywołał u mnie płacz. Wydało mi się to trochę dziwne, bo wiecie, ja nigdy nie płakałam, nawet w tych najkrytyczniejszych momentach.
Ruszyłam spod pałacu z powrotem na plac, gdzie siedzieli zaklinacze węży. Właściwie dlaczego wcześniej na to nie wpadłam? Mogłam przecież od razu, jak tu weszłam, zapytać jednego z nich, czy nie widział gdzieś tutaj X… Podeszłam do najbliższego z nich. Wyciągnęłam rękę i delikatnie potrząsnęłam jego ramieniem, by zwrócić na siebie jego uwagę. Mężczyzna jednak nie zareagował w żaden sposób. Nie zezłościł się, że mu przerywam, nie przestał grać, nie spojrzał na mnie… nic. Nie drgnęła mu nawet powieka. Po prostu grał dalej na swoim instrumencie.
Zamiast zaklinacza węży zareagowała kobra, która kołysała się przed nim. Zwróciła się w moją stronę i zasyczała głośno rozkładając szeroko kaptur. Cofnęłam się kilka kroków unosząc ręce w obronnym geście, jakby mogło mnie to uratować przed kobrą i jej jadem… Kiedy znalazłam się w większej odległości od węża, kobra wróciła do bujania się.
Z westchnieniem rozglądałam się zastanawiając się, co dalej robić. Moje spojrzenie padło na sad przede mną. Ruszyłam w tamtą stronę.