A mam smaka na żarcie godne śmietnika...
Czyli o tym, że żrę co popadnie, a potem trzeba chodzić to spalić.
https://steemit.com/polish/@anshia/kiedy-jest-mnie-za-duzo
https://steemit.com/pl-zdrowie/@anshia/kiedy-jest-mnie-za-duzo-2
https://steemit.com/polish/@anshia/kiedy-jest-mnie-za-duzo-3
https://steemit.com/polish/@anshia/kiedy-jest-mnie-za-duzo-4
https://steemit.com/polish/@anshia/kiedy-jest-mnie-za-duzo-5
https://steemit.com/polish/@anshia/kiedy-jest-mnie-za-duzo-6
Długo o tym nie pisałam, a będzie o czym. Nie to, żebym zbierała materiał na posta, skądże znowu! Przecież jestem grzeczną steemianką, która dba o siebie. Wcale nie obżerałam się na SteemFeście i nie ładowałam pustych kalorii sącząc alkohol z uśmiechem na ustach. Po prostu no jakoś tak wyszło nooo... Mam nadzieję, że nikt mnie nie zbije ani nie pogryzie. Także jak się domyślacie, post będzie właśnie o jedzeniu. Jakiś czas temu obiecałam go kilku osobom (których nicków już nie pamiętam, przepraszam!) wraz z małą opowieścią o mojej awersji do warzyw i ogólnie zdrowego jedzenia.
Źródło: Pixabay
Nie od dziś wiadomo, że spory wpływ na to jak duzi na szerokość jesteśmy ma to jak się odżywiamy. Muszę szczerze przyznać, że kuchnia jaką uprawiam od czasu kiedy zamieszkałam w Katowicach jest daleka od pojęcia "zdrowa" czy "fit", ponieważ... Naprawdę wcinam co popadnie. Oczywiście po części to wina mojego braku zdolności kulinarnych, których nie miałam okazji/nie chciało mi się rozwijać w domu rodzinnym. Kolejna sprawą jest to, że niezbyt widziało mi się brudzić garnki i ogólnie ten mój mały aneks kuchenny, żeby tam się bawić w jakieś konkretniejsze eksperymentowanie. Dodatkowo lokatorzy na gapę, ale o nich nie ma sensu się rozpisywać. Zwyczajnie wygodniej było kupić jakieś gotowe jedzonko na mieście w popularnych fast foodach lub coś co mogę wciągnąć na zimno, a będę względnie syta, a dokładnie słodycze oraz inne wysoko przetworzone posiłki. W połączeniu z leżąco-siedzącym trybem życia wyszła mieszanka, przez którą zyskałam na wadze i to nie za sprawą magii świąt. Niestety, długo nie zdawałam sobie sprawy jak duży wpływ mogę mieć na ilość posiadanych przeze mnie kilogramów poprzez umiejętne manipulowanie we własnej diecie.
Tak, to jeden z burgerków jakie uwielbiałam jeść... Obecnie staram się ograniczać pochłanianie takich kulek, stopniowo przerzucając się na jedzenie własnej roboty. To trudne, zwłaszcza kiedy masz słabą wyobraźnię do kucharzenia, ale od czego jest wsparcie ze strony internetu. Niemniej nawet jeśli znajdziesz jakiś przepis, który możesz zrealizować przy skromnej ilości miejsca, to pojawia się pewien problem. Jestem wybredna. Tak, w domu zazwyczaj jadłam to za czym nie przepadam, dość schematyczny układ posiłków - bo jak inaczej jeść w niedzielę, jak co tydzień masz do oporu tłusty rosół. Do tego wielkie uwielbienie do mięsa, za którym ja średnio przepadam. Warzywa jedynie w sałatkach, mało jakiejś odmienności czy czegoś nieszablonowego. Nie jestem wegetarianką, ale zwyczajnie nie lubię bawić się z mięsem, brzydzi mnie dotykanie go, a później jedzenie go, tak po prostu. Dlatego też po jakimś czasie od przeprowadzki dość nieśmiało rozpoczęłam moje pierwsze eksperymenty w ramach gotowania.
Nauczyłam się, żeby nie mieszkać kurkumy ze śledziami, bo może być to niejadalne nawet dla mnie... Ale poznałam też szpinak, z którym zbijam żółwika do dzisiaj! Nie rozumiem tego, że jakoś od dziecka wpaja się młodym, że szpinak jest niejadalny, że to najgorsze liście jakie można mieć w ustach (ah, te hamburgerowe kreskówki), no nie ogarniam dlaczego. Całkiem zdrowe, przy okazji z odpowiednimi dodatkami smakuje dobrze. Raz zrobiłam w domu, gdzie wszyscy narzekali, że czemu chcę ich katować tym, że przecież takie niedobre. Nieważne, że nie wiedzieli jak smakuje, takie było utarte przekonanie, ale byli skazani na obiad mojego autorstwa. Co się okazało? Że nawet całkiem dobre, że zjadliwe, nikt nie wymiotował w nocy, więc się nie zatruli czy coś.
Wiem, że zdolność cukru do tuczenia mnie jest niepojęcie ogromna. No ale jakbyście zobaczyli taką piękną pizzę, opatrzoną informacją, że to edycja limitowana, zwyczajnie czułam, że muszę bestii spróbować. Oczywiście miałam świadomość, że prawdopodobnie popełniam niewyobrażalną profanację, bo jak przecież można jeść pizzę i do tego z czekoladą. Za ananasa już by mnie znajomi pogryźli po kostkach, a może nawet wykluczyli z grona znajomych i możliwych późniejszych wyjść na miasto... A ja się porywam na taką czekoladową bestię! Ociekającą cukrem oraz chemią w czystej postaci, bo jak można inaczej to nazwać, kiedy w 160 stopniach na termoobiegu, biała czekolada się nie topiła, no jedynie magiczne właściwości chemii, jaką mamy w popularnych produktach spożywczych.
Wiem, że cukier w przesadnej ilości jest niezdrowy, że powinno się go ograniczać. Tylko, że rzeczywiście jest uzależniający. Dlatego też od niedawna staram się go ograniczyć (no dobra, wczoraj to był taki wyjątek-wyjątek, będę już grzeczna), na rzecz nieco bardziej zrównoważonej diety. Otwieram się na tłuszcze - olej kokosowy krzyczy do mnie z półki, żebym zaczęła go wykorzystywać. Poza tym mniej kupowania przekąsek, cukierków i innych gum rozpuszczalnych, które notabene uwielbiam. Dlaczego więc pojawiło się zdjęcie pudełka z Pizza Hut? Bo zjedzenie jednego takiego kawałka sprawia, że nie mam ochoty na słodkie. Zamiast cukierków mogłabym wcinać jabłka, działają podobnie - a kiedy na cukrowym głodzie wcinam owocka, to przynajmniej na moment przechodzi. Dlaczego więc nie kupuję więcej takich sympatycznych owocków? Bo jak wspomniałam wcześniej w poście - mam czasami problem z dodatkowymi lokatorami, żeby ich nie zwabiać, wolę nie trzymać nic co mogłoby je ściągnąć, a dla nich nie potrzeba zbyt wyszukanego powodu... No to byle do eeee - nie wiem kiedy, bo one zawsze tutaj są. Szlag by to!
Obym tylko wróciła do regularnego pisania! Do późnej!