Czasami trafia się film, który zamiast odprężać – napina. Zamiast dawać eskapizm – wbija w fotel i zmusza do niewygodnych refleksji. Na otwarcie cyklu biorę na warsztat Upadek.
To opowieść o „zwykłym człowieku”, w którego wciela się Michael Douglas. William Foster stoi w korku, w upale, w mieście, które działa mu na nerwy tak samo jak życie, które dawno przestało być takie, jak planował. Jedna iskra – i zaczyna się podróż przez Los Angeles, która szybko przestaje być tylko spacerem sfrustrowanego faceta.
Film balansuje na granicy: z jednej strony czujemy empatię wobec bohatera zmęczonego absurdami codzienności, z drugiej – obserwujemy, jak frustracja przeradza się w agresję. To właśnie ten dyskomfort jest największą siłą „Upadku”. Widz co chwilę łapie się na myśli: „rozumiem go… ale to już za daleko”.
Dlaczego warto obejrzeć?
Ponadczasowy temat – presja społeczna, wypalenie, alienacja. Dziś brzmi to może nawet bardziej aktualnie niż w latach 90.
Gęsty klimat – upał, hałas, napięcie. Miasto staje się osobnym bohaterem.
Nieoczywista narracja – film nie podaje prostych odpowiedzi ani moralnych etykietek.
Douglas w formie – rola, która na długo zostaje w pamięci.
„Upadek” to nie jest lekkie kino na wieczór. To film, który potrafi zirytować, zmęczyć, a jednocześnie – dać świetny materiał do przemyśleń. Idealny na „kalibrowanie oczu”.
Jeśli lubicie kino, które trochę boli, ale dzięki temu zostaje z Wami na dłużej – to bardzo mocny start serii.