Nie wiem jak Wy, ale ja za każdym razem, gdy trafiam w telewizji na Skazani na Shawshank, mówię sobie: „obejrzę tylko 10 minut”. Dwie i pół godziny później siedzę wpatrzony w ekran jak Andy w plakat Rity Hayworth. I znowu dałem się zamknąć w Shawshank.
Film w reżyserii Frank Darabont, nakręcony na podstawie opowiadania Stephen King, teoretycznie jest dramatem więziennym. W praktyce to instrukcja obsługi cierpliwości, nadziei i… młotka do kamieni.
O czym to właściwie jest?
Bankier Andy Dufresne trafia do więzienia za morderstwo, którego (jak się domyślamy) nie popełnił. Wita go ponura twierdza Shawshank i zestaw atrakcji: beton, kraty i współlokatorzy o aparycji, która nie zwiastuje wspólnego grania w szachy.
Na szczęście poznaje Ellis Boyd Redding, znanego jako Red (w tej roli genialny Morgan Freeman – tak, wiem, że to aktor, ale w systemie klasyfikacji czasem bywa różnie). Red to człowiek-instytucja: załatwi wszystko. Dosłownie. Od papierosów po plakaty z lat 50.
Dlaczego ten film działa?
Bo to film o nadziei. I to nie takiej cukierkowej, tylko takiej, którą trzeba sobie wykuć w ścianie łyżeczką. Andy jest jak ten jeden kolega w pracy, który nawet przy najgorszym projekcie mówi: „Spokojnie, damy radę” — i faktycznie daje.
Są tu momenty brutalne, smutne, wkurzające (naczelnik to materiał na kurs „jak zostać czarnym charakterem w 10 krokach”), ale jednocześnie film ma w sobie dziwne ciepło. Nawet scena z puszczoną arią przez więzienny radiowęzeł sprawia, że człowiek chce przez chwilę być lepszym człowiekiem. Albo przynajmniej bardziej cierpliwym.
Humor w betonie
To nie jest komedia, ale ma w sobie subtelny humor. Zwłaszcza w dialogach Reda. Jego narracja to złoto. Gdyby ten film był audiobookiem, i tak byłby hitem.
No i umówmy się — kto po seansie nie patrzył podejrzliwie na plakat wiszący na ścianie?
Podsumowanie
„Skazani na Shawshank” to film, który:
za pierwszym razem wzrusza,
za drugim inspiruje,
za trzecim sprawia, że zaczynasz planować tunel w piwnicy (oczywiście w celach remontowych).
To kino ponadczasowe. Bez efektów specjalnych, bez wybuchów, bez superbohaterów. A mimo to trzyma mocniej niż niejedna współczesna produkcja za miliony dolarów.
I najważniejsze przesłanie?
Nadzieja to dobra rzecz. Może najlepsza z rzeczy. A dobre rzeczy nigdy nie umierają.