Dzień dobry.
Wczorajszy wieczór był dla mnie dość dużym zaskoczeniem. Napisałam do koleżanki z pracy czy nie chce trochę pomidorów i ciasta, bo miałam w paczce Too good to go, a ja pomidorów nawet pod przymusem nie ruszę, a na ciasto nie miałam ochoty. Ona też korzysta z tej apki, bo jej pokazałam jakiś czas temu. Ucieszyła się i powiedziała, że miała też do mnie wpisać, że chciała przed pracą wpaść. No ok. Moja głowa już oczywiście podpowiadała mi milion czarnych scenariuszy po co chciała się ze mną spotkać: może usłyszała od szefa, że chce mnie zwolnić; może coś nie tak zrobiłam w pracy; może ktoś coś jej nagadał i ma do mnie jakieś zastrzeżenia. I tak sobie płynęłam na łódce bordera i dwubiegunówki z moimi domysłami aż w końcu się spotkałyśmy i okazało się, że koleżanka ugotowała dla mnie barszcz i przywiozła mi miód taki uczciwy z pasieki i cytryny na chorobę.
I choć nie umiałam [nie chciałam?] okazać tego jak bardzo to mnie ten gest dotknął i poruszył. Nigdy jeszcze nikt nie zrobił dla mnie czegoś miłego tak po prostu, żeby mi pomóc. Od razu miałam też taką refleksję, że jak chlałam to miałam wokół siebie dzikie tłumy znajomych, a i tak ciągle czułam się samotna i byłam sama ze swoimi problemami, a teraz, gdy jestem trzeźwa i dbam o te kilka relacji, które chcę utrzymywać to otaczam się naprawdę dobrymi ludźmi, na których mogę polegać zawsze. Bardzo mnie to porusza choć to trochę żenujące odkrywać takie rzeczy w wieku 30 lat.
Wieczorkiem pobuszowałam trochę w necie, obejrzałam trochę House of Cards, zeżarłam michę warzyw [sałata, roszponka, rzodkiewka, ogórek małosolny, kurczak, mozzarella, koper, papryka, sos miodowo - musztardowy] i poszłam spać.
Źródło: fotografia własna
Spałam źle, bo i nie da się dobrze spać, gdy człowiek się dusi ciągle, ale nie narzekam, jest jak jest.
Rano pojechałam do serwisu, który stwierdził, że z takimi ubezpieczalniami jak ta, która nie chce zapłacić za całość naprawy to oni jadą jak z kurwami. Zobaczymy. Panowie obejrzeli, fotki porobili, wyśmiali kosztorys ubezpieczalni, powiedzieli, że nie ma się co martwić wszystko będzie zrobione. Fajnie to brzmi w teorii, w praktyce ja się na nic nie nastawiam. Jeśli naprawią auto z OC sprawcy to super, jeśli nie i będę musiała się zadowolić częściową kwotą to trudno, jestem z tym już pogodzona.
Po powrocie do domu postanowiłam ogarnąć karkówkę na obiad. Ostatnio nie wyszła mi totalnie, więc tym razem byłam mądrzejsza i skorzystałam z przepisu z kanału Menu Dorotki. Uwielbiam tą panią, ponieważ prowadzi kanał totalnie dla takich osób jak ja: nie potrafiących gotować, ale bardzo się starających. Także ponacinałam karkówkę jak poradziła [no prawie mi się udało], zamarynowałam i wrzuciłam do lodówki. Będzie jutro na obiadek. Jestem mega ciekawa co z tego wyjdzie, bo poprzednia karkówka, którą robiłam była średnio jadalna i smaczna.
Źródło: fotografia własna
Źródło: fotografia własna
Popołudnie upłynęło mi na drzemkach. Dopiero, gdy jestem już naprawdę mega zmęczona to mogę spokojnie zasnąć mimo duszności. Normalnie nie pozwalam sobie na takie drzemanie, ale w obecnej sytuacji, gdy tak mało śpię w chorobie z błogością wylegiwałam się z łóżku zresztą w towarzystwie mojego psa, który uwielbia spać pod kołdrą nawet w największe upały.
Tak naprawdę ostatnie dni nie robię nic produktywnego tylko skupiam się na odpoczywaniu i zdrowieniu i jest mi z tym totalnie dobrze, bo mam poczucie, że po prostu o siebie dbam. Chcę jak najszybciej wrócić do zdrowia, żeby móc spokojnie pracować. Poczyniłam dzisiaj też większy zakup witamin, które miałam kupić już dawno i brać, ale oczywiście odwlekałam to, a także poukładałam sobie leki i suplementy, które obecnie zaczęłam zażywać [od dzisiaj hehe] w specjalne pudełeczko, żeby pamiętać o wszystkim
Źródło: fotografia własna
Czas w końcu wziąć się w garść i kompleksowo o siebie zadbać, a nie tylko narzekać, że a tu coś boli, tam strzyka, tu nastrój nie dopisuje. Może ta choroba spadła na mnie w dobrym momencie, żebym mogła sobie pewne rzeczy od nowa poukładać, bo po skończeniu terapii zaczęłam skupiać się tylko na pracy zupełnie zapominając, że to u mnie najprostsza droga do picia i depresji. A może nie tyle zapominając co po prostu zignorowałam ten fakt.
Wydaje mi się, że lekarka trafiła z lekami, bo już widać małe postępy w zdrowieniu aczkolwiek nadal jestem na nią zła, że syrop jest paskudny.
Wieczór zamierzam spędzić oglądając Ranczo i grając w The Tenants. Ot relaksik chorego człowieka, bo i co innego można robić.
Do jutra!