Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Źle spałam i jak tylko wstałam wiedziałam, że ten dzień będzie złem.
Poszłam z psem na spacer i już czułam co się dzieje. Obezwładniająca siła zaczęła ogarniać moje ciało. Ucisk w klatce piersiowej, przyśpieszone tętno, potliwość, bezwład kończyn. Szybko wróciłam do domu i prawie umarłam po raz pierwszy.
A potem do mnie dotarło, że bardzo chcę umrzeć. Że mam już dość. Biedy, problemów zdrowotnych, problemów z pracą, świata, ludzi, przyjaciółki, która odeszła, bólu, cierpienia, samotności, długów, smutku, złości, mroku, braku sensu, głodu, obżarstwa, CHADu, GADu, psychologów, psychiatrów, lekarzy, tabletek, leków, alkoholu, narkotyków, myśli, dotyku, bezwładu, muzyki, filmów, gier i kurwa tego wszystkiego. A potem bratowa wysyła filmik jak maluchy się bawią i rozpadłam się na milion kawałków.
Przegrałam swoje życie. Przegrałam wszystko. Nie mam już siły. Niby walczę o siebie walcząc z zakładem pracy, a tak naprawdę tracę wszystko. Tracę pracę, a nowej na horyzoncie nie widać. Z czego będę żyć? Gdzie będę mieszkać? Co będę jeść? Za co wykarmię psa? Za co spłacę kredyty? Nie było warto. Trzeba było zamknąć ryj. Z drugiej strony i tak prawdopodobnie dostałabym wypowiedzenie po L4, ale i tak..
Cierpię. I fizycznie i psychicznie. Nadal mam skutki uboczne brania jednego leku i boli mnie całe ciało jakby mnie ktoś ogniem przypalał. Nadal mam tan depresyjny lot, że nie wiem jak się z niego podnieść. Tak ciężkiego dnia jeszcze nie miałam. Nigdy.
Do jutra.