Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Całą noc nie spałam. Leżałam w fotelu, płakałam, wstawałam przytulić psa, płakałam. Koło 9 poszłam do łóżka z nadzieją, że może chociaż na chwilę uda mi się zasnąć, ale chwilę po 10 obudziły mnie młoty u sąsiada. Nie wiem czy wspominałam, ale od kilku dni mam hardkor za ścianą, bo sąsiad się remontuje i sądząc po ilości gruzu jaki wynoszą to chyba wyburza ściany, nie wiem.
Naiwnie myślałam, że przyjaciółka się dzisiaj odezwie. Jakieś sorry, coś mi wypadły, zapomniałam, cokolwiek. Nie. Nic. Leżałam w fotelu, słuchałam muzyki, płakałam, oglądałam Teorię wielkiego podrywu, płakałam. Boli mnie całe ciało, marzę o tym, żeby się nie obudzić, bo życia sobie nie odbiorę, pocę się tak, że co chwilę muszę zmieniać koszulkę i brać prysznic, nie mogę się wysikać, nie mogę jeść, nie mogę pić, moje serce rozjebało się na milion kawałeczków, moja dusza krwawi, a mój telefon ma już dość od naiwnego sprawdzania powiadomień co chwilę.
Nie wiem co zrobiłam. Nie jestem idealna, ale naprawdę nie wiem czym sobie zasłużyłam na takie potraktowanie. Byłam dzisiaj o krok od tego, żeby iść po alkohol. Już się ubierałam. W porę powiedziałam sobie dość. I wróciłam płakać. Depresja i walka z nią to jedno, ale totalne opuszczenie w tej walce zniszczyło mnie kompletnie. I nie wiem czy się z tego pozbieram.
Na ten moment nawet jeśli sobie o mnie przypomni to nie wiem czy odbiorę / odpiszę. Wiem natomiast, że w styczniu jej powiem, że ma sobie zarejestrować swój samochód na kogoś innego, a mi ma dać święty spokój. Oddałam duszę i dostałam w zamian to, co zwykle. Skoro każdy mnie opuszcza to ja już wolę być sama. Mniej cierpienia i bólu. Płaczę.
Do jutra.