Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Spałam. To bardzo dobrze, że spałam. Było ciężko, bo parę razy się obudziłam plus miałam koszmary, ale generalnie spałam. To bardzo duża odmiana, bo mój organizm był już totalnie wyczerpany brakiem snu. Nadal jest, ale już trochę mniej. Wstałam mimo wszystko z ciężkim nastrojem. Przytłacza mnie to wszystko co się dzieje.
Zjadłam śniadanie w nocy. Obudziłam się w nocy i musiałam coś zjeść. Dlatego rano jak wstałam postanowiłam nie odpuszczać i nic nie zjadłam. Chcę się trzymać ustalonego limitu kcal. Chcę kolejny raz zawalczyć o swoją wagę, a więc i o zdrowie. Skoro wszystko inne się sypie to może chociaż tu coś się uda. Nie wiem na ile starczy mi samozaparcia. Nie wiem na ile starczy mi siły. Nie wiem kiedy się objem, a kiedy przestanę jeść w ogóle. Wiem tylko tyle, że chcę spróbować zawalczyć jeszcze raz. Nic lepszego i tak nie mam do roboty.
Robiłam na obiad pieczonego kurczaka, cycki w sensie i trochę się zamyśliłam i je przeciągnęłam i wyszły suche. Mimo wszystko i tak chyba wolę tę metodę przygotowywania mięsa niż smażenie, bo w smażenie jestem totalnie słaba i ZAWSZE usmażone piersi były suche, a przy pieczeniu zdarzyło mi się to dopiero pierwszy raz i to tylko dlatego, że po prostu za długo je trzymałam w piekarniku, bo się zamyśliłam. Zdarza się. Mimo wszystko obiad był pyszny. Zwykła kasza jęczmienna, nie wiem jaka, na opakowaniu jest określona jako wiejska, stała się moim top 1 produktów węglowodanowych. Serio.
Dzień mi zleciał na niczym. Snułam się bez sensu po chacie bardzo cierpiąc. Płakać też płakałam. I to nie raz. Czuję, że wali mi się cały świat. Mam bóle w klatce piersiowej, lęki, derealizację, płaczę, pocę się, czuję się ogólnie bardzo źle. Jest jednak małe ale. Czuję się bardzo źle, ale wciąż miałam nadzieję, że będzie dobrze. Przecież to wszystko nie może się tak po prostu skończyć. No więc niesiona falą tej nadziei zastanawiałam się jak zagadać do przyjaciółki. Liczyłam, że jak zagadam o jakąś pierdołę to od słowa do słowa uda się porozmawiać o nas, o tej sytuacji i dojść do jakiegoś porozumienia. Nie udało się. Napisała elaborat o sobie, ja napisałam, że u mnie "w porządku", wiadomość odczytana, odpowiedzi brak. Nie wiem czy kiedykolwiek tak płakałam. Dotarło do mnie, że to wszystko po prostu umarło. Ja nie jestem w stanie zaakceptować tego jak wygląda ta relacja, a jej ewidentnie taka forma pasuje i wszystko gra. Nie umiem się z tym pogodzić. Nie rozumiem czym zasłużyłam sobie na takie traktowanie. Już dwa lata temu zrezygnowałam z siebie w tej relacji. Bo najpierw rak, potem problemy z partnerem, potem drugi rak, potem problemy rodzinne, potem znowu partner, potem sprawy majątkowe, potem mama zachorowała, potem mama umarła, potem hodowla kotów. Od dwóch lat byłam spychana na bok, ale akceptowałam to, bo to był naprawdę trudny czas. Stawałam na głowie, żeby dawać jej wsparcie, miłość, obecność. I nie mogę zrozumieć dlaczego kiedy to ja zaniemogłam to zostałam sama. Dlaczego dalej wszystko inne i wszyscy inni są ode mnie ważniejsi. Wiecie dlaczego do mnie nie przyjechała, żeby ze mną pojechać na ten SOR psychiatryczny? Bo najpierw zajęła się kotami, bo są chore, a potem była u niej koleżanka. I ona w ogóle nie jest świadoma jaką wyrządziła mi krzywdę. To ja zostałam obrzucona kamieniami, bo nie wspieram, mam w dupie, jestem taka, siaka i owaka. I takich przykładów, gdzie po prostu połączyłam kropki mogłabym pisać do jutra.. I w końcu do mnie dotarło, że to wszystko już nie ma kompletnie sensu i to mnie tak kurewsko boli, że nie mogę przestać płakać. Tliła się we mnie nadzieja, że może uda się to uratować, ale nie, nie uda się. I o ironio uważałam ją za matkę z wyboru, a zawinęła dupę jak ta biologiczna. Nie chcę już nikogo w moim życiu, naprawdę. Nie mam na to siły. Nie chcę budować relacji tylko po to, żeby mnie ktoś wykorzystał, wypluł, obraził i zostawił. Nie wiem czym sobie zasłużyłam na takie potraktowanie. Po prostu nie wiem. Wiem natomiast, że serce to mi się rozpadło na milion kawałków i ja nie mam zielonego pojęcia jak je pozbierać.
Wyszłam na spacer z psem i okazało się, że padał deszcz. Przez chwilę chciałam wrócić do domu, ale potem stwierdziłam, że mam to w dupie. Szłam, mokłam i leciały mi łzy, ale na szczęście były niewidoczne dla innych. Po pierwsze dlatego, że tych innych nie było, a po drugie dlatego, że twarz i tak miałam zlaną deszczem.
Wróciłam to wzięłam ciepłą kąpiel i przygotowałam składniki na kolację, ale na ten moment mam taki ucisk w gardle i w żołądku, że nie jestem w stanie jej wcisnąć. Na pewno ją zjem prędzej czy później, bo kcal musi się zgadzać, ale no. Nie wiem czy dzisiaj uda się normalnie pospać, bo jestem w tak silnych emocjach, że póki co kompletnie nie czuję działania leków. Będzie co ma być..
Do jutra.