Dzień dobry.
Pierwszy raz od nie wiem kiedy mogę śmiało powiedzieć, że dobrze spałam. Nie wiem kiedy zasnęłam przy filmie i spałam do rana. Co za wspaniałe uczucie, po prostu się wyspać. Po przebudzeniu wskoczyłam na wagę, mam punkt startowy i lecimy.
Jak wstałam miałam konkretne postanowienie: śniadanie, kawa i idę biegać. To ostatnie zadanie nie ukrywam przerażało mnie konkretnie, ponieważ wbrew prognozom nie pozbyliśmy się śniegu, a jeszcze go przez noc przybyło. Nie było jednak wymówek, niezależnie od tego jak szybko [a raczej jak wolno] dam radę biec i tak wychodzę na dwór się poruszać. Śnieg mnie nie przerażał, mróz trochę zelżał, więc byłam dobrej myśli. Na koszulkę termiczną ubrałam bluzę zwykłą i zdało to egzamin. Nie zamierzam teraz inwestować kasy w kolejne ciuchy biegowe, bo po pierwsze biegam nieregularnie, a po drugie mam teraz inne wydatki na głowie.
Biegało się ciężko z tego względu, że niestety, ale chodniki były odśnieżone tylko te główne, więc żeby biec bez śniegu i lodu to musiałabym zrobić chyba z 50 kółek dookoła bloku, a na to totalnie nie miałam ochoty.
Nie wychodzę w ogóle poza plan treningowy, bo mam wrażenie, że mi to nie służy. Spalam się zawsze na początku tygodnia, a potem jest dupa. Z jakiegoś powodu jest określone ile na obecnym etapie mam biegać, więc tego się trzymam. Dzisiaj planu w mojej opinii nie zrealizowałam w ogóle, ponieważ fragmenty, gdzie miałam utrzymać określone tempo przypadły mi na brodzenie w śniegu. No cóż. Grunt, że się dobrze bawiłam.
Jeśli o mnie chodzi to czuję totalną satysfakcję. Jasne, że ciężko nazwać to treningiem biegowym, ale z racji tego, że mam tendencję do olewania założonych planów to jestem zadowolona, że w ogóle wyszłam i te 20 minut z hakiem spędziłam na świeżym [hehe] powietrzu. Do tego pomimo strasznego tempa czuję ten trening w nogach, bo musiałam sporo wysiłku włożyć w to, aby się na nich w ogóle utrzymać także czuję zadowolenie z samej siebie, co jest dość niespotykane u mnie. A tu proszę cudowne warunki do biegania
Źródło: fotografia własna
Źródło: fotografia własna
Po powrocie standard czyli prysznic i szamka. Ogólnie dzisiaj też trochę posprzątałam mieszkanie i rozpisałam sobie jedzenie już do końca dnia i z nieukrywaną radością muszę przyznać, że to kolejny dzień, gdzie mogę się pochwalić trzymaniem czystej michy i trzymaniem bardzo dobrego [dla mnie] rozkładu makroskładników w diecie. Oby tak dalej, oby.
Ciężko mi się na czymkolwiek skupić, bo tak naprawdę żyję czwartkiem, bo wtedy będę już wiedzieć na czym stoję jeśli chodzi o moją przyszłość zawodową, ale udało mi się dokończyć czytać książkę i jutro zamierzam ją zwrócić do biblioteki. W trakcie biegania oczywiście słuchałam audiobooka i topornie mi idzie skupienie się na wywiadzie - rzece czytanej przez jednego lektora. Nie zniechęcam się jednak, ale..
Po obiedzie [kura + ryż + warzywa jak na koksa przystało] zapadłam na drzemkę przed pracą.
Nie będę ukrywać, że nie chce mi się iść dzisiaj do pracy, ale nie jest to podyktowane lenistwem tylko obawą o pracę w takich warunkach za takie pieniądze. Nic się jednak samo nie chce zrobić dlatego po kolacji [owsianeczka] zbiorę się zarabiać hajs. Nie ukrywam, że trochę liczę na to, że skoro to poniedziałek to większość bolciarzy zostanie w domu i uda mi się zarobić jakieś sensowne pieniądze. Byle do czwartku, niech już się wydarzy coś dobrego..
Podsumowując ten dzień nie mam obiektywnie powodów do narzekania. Zrealizowałam trening o ile przedzieranie się przez śnieg treningiem można nazwać, dobrze pojadłam zarówno w kwestii smaku jak i makroskładników i jestem nawet wypoczęta [jak na moje standardy to nawet bardzo wypoczęta]. Chciałabym jak najwięcej takich dni. Po prostu spokojnych gdzie z determinacją i pokorą przedzieram się przez każdą kolejną godzinę i jedynie ode mnie zależy czy coś się uda czy nie.
Na koniec jeszcze muszę powiedzieć, że w przyszłym tygodniu po wypłacie zamierzam zamówić już prezenty świąteczne dla moich maluchów, żeby już leżały gotowe, bo taka nerwówka na ostatnią chwilę nie służy mi totalnie, a bratowa była tak uprzejma, że wsparła mnie listą konkretnych przedmiotów, które młodym mogą się spodobać. W sumie co roku proszę ją o pomoc, bo nie mam własnych dzieci, więc brak mi doświadczenia, a też nie chcę kupować czegoś, co albo doprowadzi mojego brata i bratową do szału [typu instrumenty] czy czegoś co po dwóch dniach wyląduje w kącie. Jestem zwolenniczką edukacyjnych zabawek i fajnie, że bratowa podesłała długą listę. Przejrzę ją sobie na spokojnie w przyszłym tygodniu i coś wybiorę, a po przyjściu dam do zapakowania, bo w tej materii mam dwie lewe ręce.
Chwilę poczytam jeszcze HIVE i uciekam do pracy.
Do jutra!