Źródło: Pixabay
Strasznie narozrabiałam przez ostatnie dni, ale nie mam siły dzisiaj się z tym zmierzyć. Muszę zmierzyć się z rozmową z przyjaciółką i Damianem, który się na mnie wczoraj turbo wkurwił do tego stopnia, że dzisiaj nasze rozmowy były ciężkie. Generalnie co do zasady ja się nie za bardzo przejmuję sraniem facetów, ale jego serio polubiłam i nie chcę, żeby wszystko trafił szlag tylko dlatego, że jestem głupim i zagubionym człowiekiem. Nie wiem czy nie najlepiej byłoby się dogadać w trakcie weekendowego wypadu nad morze, ale w sumie już chuj wie, bo stan na 23:00 jest taki, że ja już nie jestem pewna o co my się spieramy.
Wstałam zgnieciona przez życie. Kompletnie niegotowa na ostatnie pożegnanie ziomka. Drżała mi broda, bo co chwilę zanosiło mi się na płacz. Droga na cmentarz była koszmarem. Wszystko jest kurwa koszmarem ostatnio. Pogrzeb jak pogrzeb.. Myślałam, że poczuję jakiś dziwny rodzaj ulgi, ale wyszło kompletnie przeciwnie, bo dopiero dzisiaj jego śmierć stała się tak realna, że zaczyna mi odpierdalać.
Po powrocie do Gorzowa zamknęłam się w czterech ścianach, nażarłam się leków i schowałam pod kołdrą. Czuję jednocześnie tysiąc uczuć i żadne z nich nie jest przyjemne. Od środy spróbuję wrócić do normalności w tym i do regularnego pisania dzienników. Jakoś muszę się pozbierać. Nie mam wyboru..