Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Prawie dwa tygodnie milczałam. Może starczy już? Tęskni mi się za Wami, zwłaszcza za śmieszkami wszelakimi na czacie. A może po prostu tęskni mi się za normalnym życiem, które miałam jeszcze parę tygodni temu? A ja tak narzekałam, że mam jubel w życiu, a wyszło na to, że dzisiaj za ten jubel dałabym się pokroić i posypać solą.
Sytuacja jest zła. Moja depresja ma się naprawdę dobrze. A nawet jak jest jakiś ułamek sekundy kiedy depresja ma się gorzej to spada na mnie coś przez co wypierdalam ryjem o ziemię. Dużo pracuję. Dużo na siebie wzięłam i dobrze, pozwala mi się to chociaż trochę trzymać w pionie, bo mam mózg zajęty analizami, tabelkami, cyferkami i takie tam chuje muje. Jak nie pracuję to gniję w łóżku. Ostatnio spędziłam w łóżku 14 godzin. Nawet nie wstałam do toalety, bo nerki to sobie pracują jak chcą, ale to już osobna historia. Jak wyjątkowo nie zalegam w łóżku to oglądam jakieś bzdury [Synowie Anarchii na tapecie są akurat], uczę się [co idzie zaskakująco sprawnie jak na aktualny stan] albo się po prostu opierdalam i próbuję nie robić głupot.
Od paru dni jestem trzeźwa i nie są to dla mnie dobre dni. Pokusy są bardzo silne, bo potrzeba znieczulenia zgniata mi klatkę piersiową, mózg, każdą tkankę. Wiem jednak, że w aktualnym stanie utrata kontroli nad sobą może mnie drogo kosztować nie mówiąc o obecności przyjaciółki w moim życiu, ale o niej później. Nie wiem czy przetrwam nadchodzący weekend trzeźwa po dzisiejszym dniu, ale zrobię wszystko, żeby tak się stało. Jutro postaram się zmusić do wizyty na mitingu. Nie chcę skończyć na cmentarzu. Nie chcę, żeby moi bliscy czuli to, co ja aktualnie czuję, żeby mieli te same wyrzuty sumienia, ból, cierpienie, pretensje do siebie i świata. Wystarczy, że ja się nie mogę podnieść.
Babcię udało się zatargać do lekarza i dzisiaj była diagnoza, a od jutra leki na demencje. Dziadek dalej w szpitalu i jest coraz gorzej. Nie je, nie pije, nie chodzi, odmawia jakiejkolwiek współpracy z lekarzami, robi takie imby, że ja przy nim to małe piwo jestem. I ciągle tylko powtarza, że chce już umrzeć i mamy mu dać święty spokój.. I ja tego dźwignąć nie umiem. Jak się już jakoś poukładałam z myślą, że okej, jest ciężko, ale razem przez to przebrniemy to dziadek postanowił, że żyć mu się już nie chce i mamy się od niego odpierdolić. Mój dziadek - ten czuły, ciepły, najmądrzejszy na świecie, najukochańszy na świecie. No i co mam powiedzieć.. Moje zdrowie psychiczne zajebało o ziemię znów i tu już nie umiem się podnieść. Nie mam żadnych relacji z moją rodziną poza właśnie dziadkiem i babcią, kocham ich najmocniej na świecie i jest dla mnie nie do dźwignięcia, że oboje nie chcą już żyć. Moje życie w kilka tygodni zamieniło się w koszmar jakiego jeszcze nigdy nie doświadczyłam. Jakby prześwietlić moje życie to ja już parę śmierci musiałam unieść, ale najgorzej było jak w 2012 zmarła moja przyjaciółka od dzieciństwa. Nie dźwignęłam tego. Chlałam tyle, że nie wiem jakim cudem ja w ogóle jeszcze żyję. Nie mam pojęcia co się wydarzy kiedy zabraknie babci lub dziadka, a już nie daj Boże ich obu. Boję się tego..
Jak wydawało mi się, że poznałam gościa, który jest ok to się zaczęliśmy drapać o jakieś gówna, które eskalowały do pyskówki, która zakończyła rozmowy. Cóż..
Zdrowie bardzo mi niedomaga. Bardzo źle się czuję fizycznie, ale staram się trzymać w pionie, bo nie mam aktualnie czasu i przestrzeni zajmować się sobą. Bolą nerki, boli wątroba, bolą mięśnie. Smutna starość. Codziennie przed pracą / po pracy muszę ogarniać milion spraw i albo wiszę na telefonie albo jeżdżę po całym województwie. Eskalowało to do tego stopnia, że rozpadłam się przy ojcu i przejął sprawy za mnie, bo ja jestem już tak zajechana sytuacją z dziadkami, że ... szkoda strzępić ryja.
Byłam dzisiaj u psychiatry na kontroli, bo przy moim aktualnym stanie spotykamy się co tydzień i no co.. wizyta jak wizyta. Proszę brać leki, zacząć jeść [zaburzenia odżywiania wybuchły jak supernova], zacząć w końcu się nawadniać, poprawić tryb życia, będzie dobrze, widzimy się za tydzień.
Ogólnie dzisiaj pół dnia latałam za własnym ogonem po mieście, bo miałam wolne od pracy [ale nie od zadań zawodowych i telefonów], wpadłam do domu popołudniu, położyłam się na chwilę i przyjaciółka napisała, że już czeka, bo byłyśmy umówione na kawę. Kocham ją. Dla niej trzymam się jeszcze w pionie, bo to nie jest człowiek, który zasłużył na wycieczki na cmentarz. Nawet jak doprowadza mnie do białej gorączki zmuszając mnie do jedzenia to i tak ją kocham. Jest moją siostrą z wyboru, moją przyjaźnianą bratnią duszą. Nigdy nie miałam normalnej przyjaźni. Ja nie umiem w relacje. Albo daję się wykorzystywać albo to ja wykorzystuję. Nie umiem mówić o uczuciach, problemach, wkurwiam się bez powodu, czasami ciężko się ze mną dogadać, mam swoje odklejki wszelakie spowodowane chorobą, mam bardzo suicydalną osobowość, uciekam, chowam się, nie mówię co się dzieje, nadużywam substancji psychoaktywnych, odpierdalam głupoty i mogłabym tak napisać jeszcze ze 100 linijek przynajmniej. A ona jest i kocha mnie z całym tym pierdolnikiem, który robię. Chyba pierwszy raz w życiu ktoś mnie kocha taką jaką jestem. I ja ją też. Chciałabym być dla niej lepszym człowiekiem, żeby już nie musiała się trząść czy nie odpierdolę czegoś, czego nie da się naprawić. No i sobie dzisiaj posiedziałyśmy przy kawie, wkurwiała mnie zmuszając do jedzenia aż przyszły jej dzieci co mnie mocno zestresowało, bo ja nie umiem w interakcje z młodocianymi, ale chyba nie było tak źle, bo nawet dostałam pionę i uścisk od jej syna. Ciocia Paula wymiata. Miłe doświadczenie.
Pojechałam do kumpla, popierdoliliśmy jakieś kocopoły chwilę i po powrocie do domu znowu się rozpadłam, ale już zbieram się w sobie. I tak aktualnie wygląda moje życie: rozpadam się i zbieram, rozpadam się i zbieram. I tak w kółko. Jak wyjść z tego zaklętego kręgu? Nie mam pojęcia.. Moje słońce zgasło. Po prostu zgasło. I gdzie jest? Chuj wie. Kiedy wróci? Chuj wie. Nigdy mi życie tak bardzo nie strzaskało serce i psychiki. Nigdy. W marcu mam tydzień urlopu, bo urodziny i takie tam, ale bardzo mocno rozważam rezygnację z tego urlopu, bo boję się zamknąć w domu z własnymi myślami. Jeszcze mam trochę czasu na ostateczną decyzję, ale rozważam to mocno. Tylko pytanie czy oni się na to zgodzą, bo mam ponad 50 dni urlopu do wykorzystania i już kadry marudzą.
Depresyjnie jest, co? Nie przypominam sobie, żebym przez ostatnie pięć lat miała tutaj aż tak ciężki czas. Ale no nic. Nie mam aktualnie żadnych planów na życie. Chociaż nie, mam. Chcę nie odjebać czegoś z kategorii rzeczy, których nie można cofnąć. A reszta to po prostu chcę przetrwać. Na stojąco, na kolanach, na leżąco, nieważne, chcę przetrwać. Bo naprawdę mam dla kogo.
I patrzcie co dostałam od mojej siostry z wyboru:
Źródło: fotografia własna
Życie ssie fiuta aż do bólu, ale z takimi ludźmi po swojej stronie mam szansę przetrwać ten sztorm.
WRACAM DO PISANIA I CZYTANIA.
Kiss, kiss.
PS. Bodajże wczoraj wyskoczyła mi na Instagramie rolka o treści, że jeśli życie Cię pierdoli to po prostu zmień pozycje i enjoy i może to jest jakieś rozwiązanie?