Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Cóż to była za szalona noc ah. Jak już postanowiłam iść w stronę łóżka to mi się zmieniła faza w dwubiegunówce i dostałam takiego turbo doładowania, że szalałam prawie do pierwszej. A potem nagle cyk i jakby mi ktoś wyjął baterię i już chciałam się znowu co najmniej ciąć, a najlepiej zatłuc. Moje życie jest fantastyczne. Dbajcie o zdrowie psychiczne, żeby nie być takim zjebem jak ja. W każdym razie z pomocą leków zasnęłam koło drugiej, a o czwartej zadzwonił budzik, żeby wstać do pracy. Fajnie, nie?
W pracy baja. Od paru tygodni dzieje się to, co lubię najbardziej na świecie: pracę analityczną, tworzenie koncepcji i rozwiązań, testowanie ich i wprowadzanie w życie. Ostatnie trzy, cztery tygodnie rozpisywałam co musimy zrobić, żeby podnieść KPI i dzisiaj testowałam wszystko co wymyśliła moja głowa i kurde, jest dobrze. Jak to przy testach wysłałam do kierownika i IT pierdyliard poprawek do wdrożenia i w poniedziałek będę to testować już na produkcji, ale czuję, że żyję. Uwielbiam taką pracę. Nienawidzę nudy, sztampy, odpierdalania swojego byleby odklepać 8h i iść do domu. Taka praca pozwala mi katalizować to, co się ze mną dzieje, bo jak się spompuje w pracy to mam trochę mniej sił na odpierdalanie różnych, złych rzeczy. Nie mogłam wszystkiego przetestować, bo część pracy mogłam wykonać dopiero po spłynięciu raportów z całego dnia, więc po pracy pojechałam do babci.
Batalia. Totalna batalia, którą jestem wyczerpana. Mam do babci jakieś 50 km i drogę powrotną całą przepłakałam po czym w aucie pod domem siedziałam kilka minut, żeby się uspokoić. Przerasta mnie to wszystko. Po prostu mnie to totalnie przerasta. I nie wiem jak mam sobie z tym poradzić, bo im dalej w las tym gorsze myśli i pomysły mam. Ale nie wypowiem ich na głos nigdy nikomu. Po prostu dołożę starań, żeby ze mną nie wygrały.
Potem praca. Ale z domu to jak nie praca. Rozwaliłam się na kanapie z lapkiem, zrobiłam kilka analiz i zestawień, pogłaskałam psa, który zawsze mi towarzyszy jak pracuję z domu i tyle. Szybko poszło. Można powiedzieć, że walentynki spędziłam z szefem i informatykiem. Też spoko. Na szczęście jestem osobą, która jest kompletnie nieczuła na to święto chociaż jest człowiek, któremu dzisiaj kilkukrotnie powiedziałam, że kocham, więc może aż tak bardzo martwa w środku to też nie jestem, nie wiem.
Wieczór jest koszmarem. Targają mną bardzo złe emocje. Bardzo. Rozpadłam się kompletnie i nic co zrobiłam nie pomaga mi się pozbierać. Nie mogę iść biegać, bo naprawdę niedomagam fizycznie, bóle są zbyt silne i realnie cierpię, ale wyczłapałam się na spacer z psem, pomedytowałam, próbowałam się uczyć [bez szans], książka, muzyka, serial, nic. Ile może unieść jeden człowiek? Nie wiem, ale zbliżam się do granic mojej wytrzymałości. Nie chcę się skarżyć, jest pewnie kilka miliardów ludzi, którzy mają gorzej ode mnie, ale jest mi tak kurewsko ciężko, że już nie wiem co mam robić, żeby zachować pion.
Do jutra.