Źródło: fotografia własna
Dobry wieczór.
Noc była koszmarem. Tak jak chciałam poszłam wcześniej spać, ale w okolicach 2 się obudziłam. Poszłam z psem, bo tego chciał, a potem dałam się zaciągnąć na melanż. Koledze, nie psu. I to był błąd. Leki psychotropowe + alkohol + narkotyki sprawiły, że byłam przekonana, że umieram. Nie dość, że dostałam psychozy to jeszcze serce nawalało tak jak jeszcze nigdy w życiu. Dobrze, że nie wszyscy byli porobieni na maxa to nie doszło do żadnej tragedii, ale chyba było blisko. Nie wiem ile jeszcze mam żyć, ale czuję, że ostatnio wyczerpałam limit narażania zdrowia i życia. Jestem realnie wystraszona. Dzisiaj leżę w łóżku cały dzień. No prawie. Byłam zatankować auto i chwilę posiedzieć nad jeziorem, nad którym rozpłakałam się jak dziecko. Jeśli kolejny raz będzie śmiertelny? Jeśli w końcu przedawkuję? Jeśli serce w końcu nie wytrzyma? Mam w głowie milion pytań i tylko jedną odpowiedź: koniec z tym. Nie zliczę ile razy już się w życiu podniosłam, więc zrobię to kolejny raz. Mam dla kogo.
Idę leżeć. Moje tętno to jakieś 140 - 150 uderzeń, jest mi zimno, mam jadłowstręt mimo tego, że próbowałam w siebie wciskać ulubione jedzenie to wszystko staje mi kołkiem w gardle. Odpalę Netflixa i spróbuję zasnąć z nadzieją, że jutrzejszy dzień będzie lepszy. Będzie trudny, bo mam bardzo ciężkie spotkanie, ale może przynajmniej nie będę próbowała sama siebie wykończyć. Obiecuję poprawę. I znowu lecą mi łzy.
Do jutra.