Dobry wieczór.
Kiepsko spałam, ale nie ma co się dziwić. Lęki, kac moralny z powodu weekendu, wyrzuty sumienia, kotłowanina w głowie. Wcześnie rano obudził mnie kudłaty jegomość, ale naprawdę nie miałam siły się podnieść. Jak tylko mój mózg zatrybił w jak chujowym położeniu aktualnie jestem to się rozpłakałam, ale spoko, pozbierałam się. Jak zawsze.
Postanowiłam pobić życiówkę w #poprzeczka jako pokuta za weekend, więc czy mi się chciało czy nie to ubrałam się i poszłam nabijać kroki. Dobrze mi zrobił bardzo długi spacer. Trochę się wyciszyłam i uspokoiłam. Nie mogę biegać, bo dalej bolą mnie plecy, więc spacer był nawet znośnym zamiennikiem. Ja to ja, ale pies jaki był szczęśliwy, bo tak dobrałam trasę, żeby przebywać wśród zieleni maksymalną ilość czasu, a w zabetonowanym mieście nie jest takie proste.
Źródło: fotografia własna
Źródło: fotografia własna
Dalej mam jadłowstręt, więc po spacerze zjadłam jakieś ciastko, jakąś kostkę czekolady i tyle by było. Chcąc nie chcąc przebrałam się i pojechałam na spotkanie. Przebiegło po mojej myśli choć było ciężko, ale ni mniej ni więcej oznacza, że jeśli tego nie spieprzę to będę spokojnie żyć w najbliższym czasie z dala od narkotykowych klimatów. Tego właśnie chcę. Bardzo. Chcę wrócić do względnej równowagi jaką miałam w 2024. Wiem, że potrafię, wiem, że jest to osiągalne tylko muszę się w końcu postarać trochę bardziej i być konsekwentna. Po spotkaniu jak wsiadłam do auta to kilka minut siedziałam w ciszy, żeby stłumić targające mną emocje, bo część duszy pragnie tej pierdolonej autodestrukcji, którą uprawiam od jakiegoś czasu, ale na szczęście wygrał ten pierwiastek krzyczący o normalności.
Chciałam zmienić koła w furze, bo nadal mam letnie papcie i lipa, bo wszędzie takie terminy, że to strach jeździć. Zajechałam do wujka mechanika, powiedział, że auto ładne i dobrze, bo ja się w nim chyba powoli zakochuje, serio, no i jest szansa, że on mi te koła zmieni szybciej, ale też nie na już, bo jest zawalony robotą. No cóż, miejmy nadzieję, że nie zaliczę żadnego dzwona do tego czasu. Yolo.
Po powrocie do domu spacer i wróciłam do domu tak zmarnowana i zziębnięta, że po prysznicu zaległam z kudłatym jegomościem na kanapie i oglądaliśmy [on oczywiście też] filmy.
Źródło: fotografia własna
Zadzwonił On i znowu mi namieszał w głowie. Miałam nie odbierać, ale PRZECIEŻ JUŻ SIĘ WYLECZYŁAM TO CO MI SZKODZI no i okazało się, że się nie wyleczyłam. Moje życie w pigułce. Nawet jak wiem co powinnam zrobić to robię na odwrót, a potem mam pretensje do losu, że jestem nieszczęśliwa. Burdel w głowie i tyle.
Był moment, że strasznie chciałam znów uciec w używki, ale wygrałam te starcie tym razem. Mam dla kogo walczyć. Mam dla kogo się starać. Mimo tego, że okropny ze mnie człowiek momentami to mam to szczęście, że murem za mną stoją wspaniali ludzie, ale jak będę dalej tak odpierdalać to ja nie wiem ile oni zostaną jeszcze dlatego podniosę się kolejny raz. Wiem na pewno, że chcę pozostać trzeźwa i nawet jeśli aktualnie nie dla siebie to dla nich, bo na to zasługują, a chęć trzeźwości dla samej siebie przyjdzie z czasem. Małymi krokami. Na razie muszę odchorować fizycznie to co narozrabiałam i zmierzyć się z wyrzutami sumienia, ale nie poddam się. Amen.
Do jutra.