Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Nie spałam zbyt dobrze. I spałam tak mało, że czuję się jakbym nie spała w ogóle. Nad ranem znowu krwotok z nosa. Zwlekłam się z łóżka z trudem i już nie chodziło nawet o fizyczne zmęczenie, ale o ogólną apatię względem świata, ludzi i życia. Mój aktualny stan jest mizerny i martwi on moją przyjaciółkę co mnie doprowadza do białej gorączki, bo nie chcę jej przysparzać trosk.
Pojechałam dzisiaj znowu szybciej do pracy, żeby wesprzeć nieopierzonego lidera. Nie miałam w ogóle ochoty iść do pracy, a co tu mówić o pracy w nadgodzinach. Ogólnie dzień był bardzo ciężki. Mój zespół jest już bardzo zmęczony, bo przez ostatnie trzy dni wyciskaliśmy kosmiczne wyniki i poszło nam dzisiaj mizernie. Nie dość, że oni zmęczeni to ja zajechana, a jeszcze jakby tego było mało to co chwilę wybuchał jakiś informatyczny pożar. Na przerwie poratowałam się Monsterem, bo osłabienie brało górę i co, znowu to samo, chwilowy zastrzyk energii ledwo odczuwalny, krwotok z nosa, modlitwa o to, żeby dotrwać do końca pracy, bo miałam już tak serdecznie dość wszystkiego i wszystkich, że nie wiedziałam za bardzo czy mam ochotę płakać czy kogoś zabić.
On cały dzień miał wyłączony telefon. Gdy miałam spotkanie z kierownikiem nagle się obudził i dzwonił. Z oczywistych względów nie mogłam odebrać, ale jak oddzwoniłam po 10 minutach to już telefon znowu wyłączony. Cała ta sytuacja ryje mi głowę. Nie wiem naprawdę co jest ze mną nie tak, że jak już w kimś ulokuję uczucia to musi to być jakiś zjeb, degenerat albo naczelny kutas RP. W każdym razie wieczorem wyszłam na dwór chwilę odparować głowę i nagle się obudził i zadzwonił. Chwilę pogadaliśmy i chyba nie byłam dla Niego najmilsza na świecie. Chce się spotkać w sobotę, ja nie wiem po co i nie jestem przekonana czy to dobry pomysł, więc zobaczymy. Mam dość. Mam ochotę wyskrobać Go sobie z głowy, bo nikt i nic mnie tak nie rani i nie wkurwia w ostatnim czasie jak jego pierdolnięte zachowanie.
Na oparach dojechałam do końca pracy. Znowu chwilę musiałam posiedzieć w samochodzie zanim w ogóle ruszyłam. Pojechałam do szpitala zrobić wyniki badań krwi zleconych przez psychiatrę, ponieważ przesunęłam wizytę z końca grudnia czy nie pamiętam już z kiedy na wtorek. Muszę do niej iść, bo zaczynam się znowu rozpadać i niewiele mi brakuje do złamania abstynencji, nadużywania leków, samookaleczenia się lub innych autodestrukcyjnych zachowań. Znowu robi się ten sam syf co parę miesięcy temu, a ja naprawdę nie chcę sobie zrobić krzywdy ani wrócić do szpitala. Zresztą ja nawet nie wiem co chcę, ale to już inny temat.
Nie wiem co przeważa aktualnie u mnie bardziej: pustka czy rozpacz. Ostatkiem sił wzięłam leki, ale przestałam wierzyć, że pozwolą mi się wyspać lub chociaż mnie uspokoją. Jutro jadę do pracy normalnie na 8 godzin, bo po prostu nie mam ani siły ani ochoty się tam wysprzęglać na nadgodzinach. Na kolację udało mi się zjeść trzy ciastka, ale nie poprawia to całokształtu sytuacji. Nic tylko się zajebać, naprawdę.
Do jutra.