Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Mega niespokojnie spałam. Pierwszy raz od dłuższego czasu kotłowałam się w łóżku zamiast głęboko i dobrze spać. Śniły mi się jakieś durnoty, budziłam się cała spięta i zestresowana. Coś mi się roi w głowie i nie wiem co. W każdym razie wstałam zmasakrowana do tego stopnia, że się rano popłakałam. Czemu? Nie mam pojęcia. Poszło holistycznie chyba o wszystko. To mój szósty dzień pracy z rzędu i pierwszy raz miałam tak krytyczny poranek, że miałam ochotę wszystko jebnąć w diabły. Do tej pory praca bardzo skutecznie trzymała mnie na powierzchni.
W biurze zameldowałam się 5:15 i jazda. Opracowałam koncepcję na cały dzień uwzględniając to, że praca musi się trochę toczyć własnym rytmem, bo miałam dzisiaj dużo spotkań i śmiało mogę ogłosić sukces. Doglądałam wszystkiego z doskoku lub zdalnie i wtedy moja asystentka ganiała po magazynie, ale dzień wyszedł naprawdę zajebiście. Od asystentki dostałam dzisiaj tańczącą czapkę Mikołaja i słowo się rzekło, że muszę w niej wystąpić w poniedziałek na firmowej wigilii. Idąc za ciosem zaprosiłam do tego mój zespół, aby też ogarnęli sobie czapki bądź świąteczne swetry. Akurat mamy drugą zmianę, więc fajnie będzie w przyjemnym klimacie posiedzieć do wieczora. Jutro idę do pracy jak i w każdą kolejną sobotę w grudniu + święta. Nikt nie chciał się zgłosić, każdy marudził, a mi to kompletnie nie przeszkadza, a nawet jest na rękę, więc spoko. Nie mam na co narzekać. W pracy roznosiła mnie energia mega i miałam trochę mniej samobójczy vibe niż przez ostatnie dni, ale jak wróciłam do domu to już mnie znowu jebło.
Trochę pospałam, ale też mega niespokojnie i jak wstałam to kompletnie nie mogłam sobie znaleźć miejsca. 1,5 tygodnia trwa już wojna między mną, a Nim, a że żadne nie odpuści to samoistnie kontakt się zerwał. Zapewne to lepiej dla mnie, ale póki co wcale tego nie czuję. Do tego te wariacje nastroju, a w sumie jego totalna zapaść plus wkurwiający ludzie wokół plus wkurwiająca rodzina plus przepracowanie plus bóle psychosomatyczne plus ataki paniki plus myśli rezygnacyjne plus zaburzenia odżywiania, które mają się nieźle plus apatia plus niechęć do bycia, życia, istnienia no i jest kurwa kolorowo.
Pojechałam za miasto posiedzieć nad Wartą i trochę liczyłam na to, że szum wody, przyroda i te klimaty ukoją mi duszę, ale nie. Kompletnie od tych dwóch tygodni nie mogę się pozbierać do kupy. Dlatego nie chce mi się gadać z ludźmi, bo co, znowu mam się przyznać do porażki? No kurwa chyba nie. Dlatego lepiej zamknąć ryja, przemilczeć, nie odzywać się, w końcu samo przejdzie tak jak samo przyszło.
Łyknęłam kolorowe tabletki od psychiatry i idę spać, bo budzik będzie rano bezlitosny, a przecież trzeba dać czadu w robocie. Siódmy dzień pracy pod rząd, jest dobrze.
Do jutra.