Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Dziś jest piękny dzień, ponieważ wybił mi równy miesiąc bez substancji psychoaktywnych czyli alkoholu i narkotyków. Mam się z tym różnie, czasem są gorsze momenty kiedy jedyne o czym marzę to odurzenie, ale jakoś się trzymam. Trochę pomaga terapia, trochę strach po ostatniej imprezie, która mogła skończyć się tragicznie, trochę wsparcie przyjaciółki, trochę praca, ogólnie wszystko po trochu. Generalnie całościowo to momentami się cieszę, że jestem trzeźwa, bo jestem w całkiem dobrym punkcie w swoim życiu, a nie byłoby mnie tu, gdybym dalej waliła. No taka smutna prawda. Zresztą nie wiem czy bym w ogóle żyła jakbym się ten miesiąc temu nie zatrzymała. W każdym razie jest ok. Chwiejnie, czasami trudno, ale ok.
Bardzo mało dzisiaj spałam. I w ogóle jakoś kiepsko. On mi się kotłował po głowie co takiego się dzieje, że dwa tygodnie ma wyłączony telefon. W mojej głowie już miałam wizję cmentarza i to mi tak siadło na banie, że noc była bardzo niespokojna. Rano ogarnęłam posiłki [16 dni zdrowego odżywiania!!!], włosy i pojechałam na terapię. Wbiłam do gabinetu niemalże z okrzykiem PANI ASIU, PRZEZ OSTATNIE DWA TYGODNIE BYŁAM DLA SIEBIE KUREWSKO DOBRA!!! I taka jest prawda. Nawet w kryzysie egzystencjalnym w jakim jestem już dwa czy trzy tygodnie to całościowo byłam dla siebie dobra. Dbałam o siebie, jadłam, spałam, brałam leki, chwaliłam się nawet za drobne rzeczy, nie ganiłam się za wpadki, nie dowalałam sobie na garba jeszcze większej ilości problemów. Po prostu zadbałam o siebie tak jak umiałam najlepiej. I dostałam pochwałę, że w końcu coś robię w kierunku postępów w terapii. No ba. Potem gadałyśmy o moich relacjach i przy rozmowie o najlepszej przyjaciółce załamał mi się głos, bo nie jestem dla niej tak dobrym człowiekiem jak chciałabym być. Ogólnie wyszłam z terapii z jakimś takim pozytywnym vibem. Chyba pierwszy raz od miliona lat, bo raczej sesje wgniatają mnie w ziemię.
Szłam z psem na spacer i nagle zadzwonił nieznany numer. Odbieram, a to On. Nie odzywał się, bo stracił telefon i od dwóch tygodni leży w szpitalu i ogólnie dramat. I czuję, że będę tego żałować, jestem wręcz pewna, że tak będzie, ale zaoferowałam mu, że pomogę mu stanąć na nogi. Wewnętrznie czuję, że nie powinnam tego robić, że to mnie znowu przemieli i wypluje jak zwłoki.
Pojechałam wcześniej do pracy i miałam rozmowę z HR i głównym kierownictwem. Bardzo dla mnie pozytywną. Jest potencjał na to, że będzie mi się w najbliższym czasie dobrze pracowało. Ogólnie pracy było od groma i szczerze mówiąc skończyliśmy ją rzutem na taśmę. Mój zespół zawsze dowozi, ale są już zmęczeni i to bardzo dlatego poprosiłam kierownika o interwencję, żeby druga zmiana zaczęła z siebie więcej dawać, bo my nie jesteśmy w stanie codziennie na wariackich papierach gonić wyniku. Mój kierownik to konkretny gość i od razu podjął działania, żeby ułatwić nam życie. Dobrze mi się z nim pracuje. Ogólnie wyszłam z pracy bardzo, ale to bardzo zmęczona, ale jakaś taka podbudowana i radosna. Ciężki jest ten tydzień, ale jak sobie pomyślę, że w piątek skończę pracę o 22, a w sobotę mam na 5:30 to mi lekko słabo, ale co tam. Kto jak nie ja. Dzisiaj w ogóle kierownik mój powiedział, że będzie forsował, żeby mi wypłacili nadgodziny, bo widzi jak się staram i ciężko pracuję, więc spróbuje zorganizować mi taką gratyfikację. Bardzo to miłe.
Po wyjściu z pracy auto totalnie zamarznięte, ale na szczęście czarna strzała ma całkiem sprawny nawiew co w połączeniu z odmrażaczem do szyb sprawiło, że dość sprawnie wydostałam się z terenu firmy. Dom, spacer z psem i w końcu teraz jak usiadłam to dopiero poczułam jak mnie bolą nogi i kręgosłup. Zjem kolację, bo kalorie muszą się zgadzać i idę się położyć, bo naprawdę marzę o tym, żeby się rozprostować pod kołdrą i po prostu odpocząć. Strasznie mi dzisiaj mózg paruje, czuję się przebodźcowana i przepracowana. Mam wolną niedzielę i mam w planach [przynajmniej na razie] schować się przed światem i odpocząć w totalnej ciszy. Może wezmę psa i gdzieś pojadę do lasu, nad jezioro czy nad morze. Albo schowam się pod kołdrą i odeśpię ten tydzień. Jeszcze nie wiem, ale na pewno zadbam o siebie, żeby się znowu nie rozsypać. Daleko mi jeszcze do dobrego nastroju, pojawiają się takie impulsy jak dzisiaj w pracy, ale kroczek po kroczku i się podniosę.
Do jutra.