Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Będzie dzisiaj chaos. Ale się we mnie dzieje, o Jezus.
O północy na kalendarz wskoczył dzień 4 marca co ni mniej ni więcej oznacza, że stuknęły mi 34 wiosny. Jakim cudem dożyłam tak epickiego wyniku? Nie mam zielonego pojęcia. Ktoś nade mną czuwa.
Nie przepadam za urodzinami. Zwłaszcza od 2023 kiedy to mój ziomek postanowił opuścić nasz świat. Jak w takiej sytuacji cieszyć się takim dniem? Ja nie umiem. Byłam dzisiaj na cmentarzu, coś tam sobie pogadałam, coś tam sobie popłakałam. Trzy lata bez Ciebie homie i mam nadzieję, że widzisz jaki dostaję wpierdol od życia i dlaczego wyprawiam rzeczy, za które zawsze jebałeś mnie jak psa. Pozdro Artur.
Już w nocy złapała mnie zaduma nad tymi moimi 34 latami. I ja chyba serio mam farta, że jeszcze żyję. Jak sobie tak przebiegnę przez wszystko co odjebałam w życiu to jest to duże osiągnięcie. W gimnazjum w grupie, w której się trzymałam to mieliśmy złamane chyba wszystkie możliwe kończyny patrząc na nas całościowo. Mi przypadły urazy barku, nadgarstków i pęknięte kości palców. Na studiach powtórzyłam ten uraz jak zajebałam komuś w ryj tak niefortunnie, że kości pękły ponownie. Jak taki człowiek może być korpoludkiem i jeszcze żyć? Nie mówiąc o robieniu sobie wrogów, bo są dwie osoby, które jakby mogły bez konsekwencji mnie zgładzić to już by mnie nie było.
Cały dzień spędziłam ze słuchawkami na uszach i jestem szczęśliwa jak nigdy, że mam słuch. Zaczęłam słuchać rapsów w okolicach 2002 - 2004 i moje życie stało się lepsze i nadal jest lepsze dzięki właśnie bitom, rymom, bla, bla, bla. Fajnie było dzisiaj sobie przelecieć przez te wszystkie muzyczne wspominki, milion flashbacków mnie zalało i co zaskakujące - nie wszystkie były złe.
Stronię dzisiaj od kontaktu z rodziną, ale nie chcę się z tego tłumaczyć. Moje prawo.
Ostatni rok był kurwa ciężki. Straszny i wyczerpujący. Depresja, hipomania, szpital, pierdyliard problemów. Jak ja to dźwignęłam i jeszcze żyję? Nie wiem, ale mam podejrzenie, że jest to zasługa mojej przyjaciółki, która jak będzie trzeba to i z kostnicy mnie wyciągnie. I właśnie ostatni rok dał mi naszą przyjaźń, więc wszystko co złe odeszło w kąt. Jestem wdzięczna losowi za tak cudownego człowieka. Źle ją traktuję, popełniam błędy, odpierdalam, ale bardzo się staram, by w końcu być do kurwy nędzy lepszym człowiekiem. W końcu mam jakąś normalną relację, więc muszę się tego nauczyć, ale uczniem staram się być pilnym, bo kocham ją jak starszą siostrę z wyboru.
Jakbym miała jutro zdechnąć to i tak bym stwierdziła, że miałam dobre życie. Ciężkie. Trudne. Zjebane. Wyboiste. Ale dobre, bo było w chuj momentów, gdzie po prostu dobrze się bawiłam i nigdy tego nie zapomnę. Imprezy, domówki, sporty ekstremalne, miłość życia, kluby, bary, beztroska, duże pieniądze, studia, praca marzeń. Ja to wszystko już przeżyłam, a mam dopiero 34 lata, więc wniosek jest prosty: coś jeszcze bardziej zajebistego jest przede mną. Mierzę wysoko i czekam aż w końcu los się przekręci na dobrą stronę, bo tak to działa u mnie w życiu.
Przyjaciółka wysłała mi życzenia, które nie były życzeniami, że aż mi odjęło mowę, a jak się domyślacie czytając moje wypociny już 5 lat nie jest o to łatwo. Kocham ją i spalę ten gówniany kraj za nią jak będzie trzeba.
A czego ja sobie życzę? Po prostu zdrowia. Resztę jestem w stanie wziąć sobie sama lub na to zapracować. I spokoju w duszy i głowie, bo tego mi bardzo ostatnio brakuje.
Zapewne skończę dzisiaj nietrzeźwa, ale musicie mi to wybaczyć. Jeszcze nie umiem dźwigać połączenia urodziny + śmierć Artura. Może za rok? W 2020 miałam swoje pierwsze trzeźwe urodziny i to było surrealistyczne, bo wtedy ogłoszono pierwszy przypadek COVID w kraju i już było wiadome, że ten kraj zamkną. Potem 2024 i 2025, a potem się rozjebało, ale wrócę do tych trzeźwych urodzin za jakiś czas, słowo.
Happy bday to me and enjoy.
Do jutra.