Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Wczoraj nie było dziennika z tego względu, że miałam dzień użalania się nad sobą i przeleżałam cały dzień w łóżku. Naprawdę. Jedynie wyszłam w rozciągniętym dresie z psem na spacer, a pozostały czas przeleżałam pod kołdrą oglądając debilne, polskie komedie romantyczne. Gdy już moja ostatnia szara komórka miała dosyć poszłam spać. Widocznie taki dzień był mi potrzebny.
Dzisiaj za to wstałam z nową energią do działania. Rano poszłam do banku odebrać prezent niemalże urodzinowy, z którego jestem przeszczęśliwa, bo będzie na naprawę auta [o tym później]. Ogólnie w banku było wesoło, bo pani próbowała podważać mój dowód osobisty, ponieważ jestem już dumną posiadaczką nowego dowodu, w którym nie ma adresu. Na szczęścia po kilku zdaniach zbędnej dyskusji doszłyśmy do porozumienia i udało mi się prezent wypłacić.
Następnie pojechałam do dwóch ośrodków terapii uzależnień, aby poprosić o zgodę na powieszenie ulotki informacyjnej o kobiecych mitingach. W obu ośrodkach taką zgodę otrzymałam, więc myślę, że z czasem te mitingi się rozkręcą. Trochę byłam zestresowana, bo nie jestem mistrzynią załatwiania takich spraw na szczęście wszystko poszło po mojej myśli i nie było to aż tak straszne.
I tu przechodzimy do gorszej części dnia czyli wizyty u mechanika. Diagnoza potwierdziła, że walnęło mi łożysko w kole, ale nijak nie ma szans na szybszą naprawę niż w czwartek / piątek. Teoretycznie wujek stwierdził, że mogę ostrożnie jeździć, ale to tylko sprawiło, że naprawdę nie wiem co mam zrobić. Nie stać mnie na to, żeby siedzieć tyle dni w domu, ale też nie stać mnie na to, żeby zmierzyć się z konsekwencjami zaniedbanej awarii. Co mam zrobić nie wiem, totalnie nie wiem. Serce krzyczy pracuj, rozum krzyczy poczekaj i tak trwa bitwa w środku, a ja z każdą godziną mniej wiem co powinnam zrobić.
Wieczorem pojechałam na miting, bo moja dusza bardzo tego potrzebowała. Było fajnie, dość kameralnie, ale niezwykle wartościowo. Dużo dla siebie wyciągnęłam przede wszystkim takiej pozytywnej energii i choć kompletnie na to nie wygląda czuję się trochę lepiej. Dopóki oczywiście do głosu nie dochodzą obawy o samochód i finanse.
Po mitingu pojechałam do Biedry i postanowiłam się uszczęśliwić pseudo ciastem, bo to koło ciasta nawet nie leżało, ale mam słabość do takich tworów chemicznych. Zajadam się pseudo ciastem i nadrabiam zaległości na #polish. Tak trzeba żyć.
Źródło: fotografia własna
Smutas dzisiaj ze mnie straszny, ale smutas walczący i nie poddający się, a przede wszystkim trzeźwy. Amen.