Źródło: fotografia własna
Dzień dobry.
Noc była koszmarem. Zasnęłam koło 4 dopiero, a musiałam rano wstać, bo umówiłam się na wyjazd. Obudziłam się o 7, ale nie byłam w stanie podnieść się z łóżka, więc przemarudziłam w nim jeszcze do 9. Poziom bycia nieprzytomnym wyjebał poza skalę. Prysznic, spacer z psem i wio.
Miałam do zrobienia 150 km. Droga mi się dłużyła niemiłosiernie, bo ciężko było mi się skupić przez zmęczenie. Jakoś w połowie drogi zrobiłam sobie przerwę na kawę na MOPie, bo oczy kleiły mi się strasznie. Po dojechaniu na miejsce od razu zobaczyłam panią Krysię, z którą leżałam w szpitalu. Wyściskała mnie, oprowadziła po swoich włościach, zrobiła kawę i siedziałyśmy w kuchni i rozmawiałyśmy. Nie wiem co kuchnie mają w sobie takiego, że tam się zawsze najlepiej rozmawia. Pierwotny plan zakładał, że zostanę na cały weekend, ale kontakt z panią Krysią jest tak intensywny, że poczułam się mega przebodźcowana i potrzebowałam wrócić do domu. Niemniej jednak było bardzo miło. Oczywiście jak to pani w wieku takim, że mogłaby być moją babcią naszykowała mi wałówę na powrót jakbym miała się co najmniej przez siedem mórz przedrzeć, żeby wrócić do domu. Bardzo było mi miło.
Wróciłam do domu i byłam już tak skrajnie wyczerpana, że spacer z psem był dużym osiągnięciem. A nie był to spacer długi. I choć nie ma jeszcze 19 to postanowiłam, że idę spać. Najwyżej obudzę się wcześnie rano i zacznę się przyzwyczajać do pierwszych zmian, które mam od poniedziałku. Naprawdę nie mam siły, żeby siedzieć, a jak mam tępo na siłę gapić się w monitor to wolę się zakopać pod kołdrą. Moje ciało, umysł i dusza bardzo tego potrzebują.
Psychicznie czuję się mizernie na maxa. Myśli rezygnacyjne, lęki, dołek. No nic. Jakoś się pozbieram. Chciałam dzisiaj z milion razy napisać do przyjaciółki, ale wybrałam milczenie z obawy, że będę jej przeszkadzać. Bardzo mi brakuje rozmów z nią, bardzo, ale no co poradzić.. Wszystko to mam na własne życzenie.
Do jutra.