Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Chyba całkiem nieźle spałam. Mam tu na myśli głębokość snu i brak wybudzeń, bo poranek był dość ciężki. Miałam do pracy na 14, ale na ósmą miałam terapię indywidualną. Wstałam dużo wcześniej, ponieważ nie wiedziałam co z autem. Po pierwsze było skute lodem, a po drugie nie wiedziałam czy po pięciu dniach stania na parkingu na takim mrozie w ogóle odpali. Odpalił i pojechałam na terapię.
Była to moja ostatnia sesja. W końcu po miesiącach tłamszenia w sobie tej chęci zrezygnowałam. Nie była to chwilowa zachcianka. To dobrze przemyślana decyzja. Czy będę jej żałować? Nie wiem. Mam nadzieję, że nie. W każdym razie wrócić zawsze mogę, a ja po rezygnacji czuję się lżejsza o przynajmniej 10 kg. Nakreśliłam terapeucie mój plan na moje egzystowanie, stwierdził, że ma to w sumie sens, więc zobaczymy. Ja ogólnie jestem dobrej myśli. Sam fakt, że nie będę marnować czasu na zajęciach tylko będę mogła zająć się sobą i tym co faktycznie chcę robić bardzo mnie cieszy. Przez terapię byłam ciągle w niedoczasie, bo to niby cztery godziny w tygodniu raptem, ale w takich dupowatych godzinach, że szok. A teraz po zmianie stanowiska to już w ogóle wychodziłabym z domu o świcie i wracała późnym wieczorem. Bardzo się cieszę z mojej decyzji. Po sesji zgłosiłam, że piątkową wizytę u psychiatry chcę odbyć w formie teleporady i pojechałam do domu.
Czułam się zmęczona, więc idąc za swoimi instynktami położyłam się do łóżka. Nie mogłam usnąć, ale co sobie poleżałam z psem to moje. Trochę się zregenerowałam. Niestety nastała ta trudna chwila i po pięciu dniach wolnego trzeba było jechać do pracy. Dojechałam szczęśliwie i równie szczęśliwie udało mi się zaparkować na płaskiej powierzchni. Jest to o tyle istotne, że mój ręczny zamarzł, więc nie mogę z niego skorzystać podczas parkowania. Poleciałam do pracy i w sumie nic takiego się nie wydarzyło. Pracy mało za to dużo pobocznych questów czego nie lubię. Nie narobiłam się dzisiaj. I spoko, bo mogłam spokojnie odkopać maile i wiadomości na komunikatorze. Jak poszłam na przerwę o 18 to okazało się, że zostawiłam zapalone światła w aucie. Wkurzyłam się konkretnie, bo byłam pewna, że to oznacza problem z odpaleniem. Niestety pracuję w takim miejscu, że jak umrze samochód to jest kaplica. Poszłam do kolegi z pracy, bo kojarzyło mi się, że ma kable rozruchowe. Bingo. Miał. Jak wyszliśmy o 20 z pracy to oczywiście auto nie odpaliło i musiał mnie ratować. Do domu wróciłam baaaardzo okrężną drogą, żeby maksymalnie naładować akumulator. Czy odpali jutro? Nie wiem, mam nadzieję.
Po powrocie do domu zabrałam psa na spacer i zadzwoniłam do przyjaciółki. Bardzo mi pomogła rozmowa z nią. Ukoiłam nerwy. Umówiłyśmy się na niedzielę na kawkę. Trudno nam się spotkać, bo obie pracujemy, a ona do tego ma ciężko chorą mamę dlatego jestem tym bardziej wdzięczna, że znalazła dla mnie czas. Ona jedyna mi aktualnie pozostała, więc tym bardziej doceniam jej obecność. M. w śpiączce, z B. milczymy. Samotność, przeklęta samotność.
Cieszę się, że ten dzień się już kończy. Na dworze jest bardzo zimno, więc znów rano będzie loteria czy auto odpali, ale pociesza mnie fakt, że to już ostatnia taka zimna noc. Podobno. Jutro już ma być tylko -4, więc idziemy ku wiośnie. Dzisiaj ma być -10, a zważywszy na fakt, że jutro rano mam biegać to trochę się boję. Na pewno biegać pójdę, ale nie wiem jak mam się ubrać, nie posiadam odpowiednich ciuchów do aktywności na dworze w taką pogodę. Od jutra też chcę wrócić do normalnego odżywiania, bo ostatnie tygodnie popłynęłam totalnie. Przykro mi z tego powodu strasznie, że tak się opycham, ale jeszcze nie tracę wiary, że uda mi się zrobić z tym porządek. Jeszcze mam nadzieję..
I tyle chyba. Obejrzę sobie z jeden odcinek serialu i idę spać, bo już mi się ziewa. Do jutra.