Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Wstałam dzisiaj sponiewierana. Tak realnie to spałam może z 2h. I z tego jakieś 1,5h to było oglądanie w śnie prostej sceny: moja przyjaciółka płacze nad moim przedawkowanym truchłem. No mega. Wpadłam na szczęście do firmy na czas i nawet zdążyłam wypić kawę, która gówno dała.
W pracy napinka. Jak się na mnie wyżywał kierownik to się w pewnym momencie zaczęłam śmiać i wkurwił się jeszcze bardziej, ale plus dla mnie, bo potem przeprosił. Wypierdalało się dzisiaj wszystko. W pewnym momencie rozkręciłam taką aferę, że zahaczyła nawet o właściciela firmy także było naprawdę grubo i ciężko. Rekrutacja, napinka, wyniki, mój żywioł, ale nie miałam dzisiaj na to siły. Wyszłam przed czasem, odwiozłam mamę do domu i wróciłam do domu swojego i wtedy zaczął się dramat.
Każdy dzień bez mojej przyjaciółki jest dramatem, ale ciężko pracowałam na to, żeby musieć tolerować rzeczywistość bez niej. Boksowałam się z Damianem. Boli dusza, krwawi serce. Mam rozpierdol w głowie i nie wiem jak mam żyć, bo żyć mi się nie chce wcale. Mam cały czas myśli samobójcze, ale dzielnie z panią doktor walczymy, żeby to wyhamować. Oddałabym życie za Gosie, ale chuja to znaczy skoro ciągle odpierdalam trzodę. Nie wiem jak być dla niej lepszym człowiekiem.. Niemniej jest dysponentem mojego majątku, więc jak mnie szlak trafi to przynajmniej jakieś fundacje odniosą korzyść, ale wkładam całe serce, żeby się kurwa dźwignąć z depresji, bo mam dla kogo. Dla niej.
Serce boli, blizny zaczynają wychodzić na ranach po samookaleczeniu, dusza boli, łzy płyną. Chuj wie co dalej.
Do jutra.