Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Spałam w nocy hmmm.. coś koło godziny? Może dwóch? To sprawiło, że wstałam jak na haju i ujebałam kołdrę krwotokiem. Jest jak jest. ALE poczyniłam całkiem niezły postęp w mojej ortoreksji, ponieważ zjadłam śniadanie. Co prawda w myśl ortoreksyjnych zasad, ale przynajmniej zjadłam. Prysznic, modlitwa, próba znalezienia chęci do życia i jazda do pracy.
W pracy ogień przebrzydły. No kurwa przebrzydły. Ale szczerze? Uwielbiam to. Jestem wyczerpana jako człowiek, ale jako pracownik mam w sobie pokłady energii, żeby ogarniać ten burdel. Czasem opadają mi ręce.. No dobra, często. Czasem mam dość. Czasem [tak jak dzisiaj] miewam takie wkurwy, że muszę się na chwilę odizolować i wyciszyć, ale kocham moją pracę. Kocham moją sprawczość w pracy, bo przenoszę góry, robię rozpierdol ten pozytywny i jestem kimś. W przeciwieństwie do życia prywatnego.. Działo się dzisiaj dużo. Wyszłam z pracy jakieś 10 minut po czasie i jeszcze główny boss zaczepił mnie na palarni. To był nerwowy dzień dla nas, ale cieszę się, że nawet zajebiście nerwowe sytuacje nie generują złej krwi między nami. Uważam, że to zdrowa relacja zawodowa, że nawet jak komuś puszczą nerwy to wciąż trzymamy poziom, wciąż gramy w tej samej lidze i o ten sam wynik. Czy ja już mówiłam, że kocham swoją pracę?
W domu upragniona cisza. Dzisiaj przerwę w pracy spędziłam z dziewczyną z administracji i nie chciała mi uwierzyć, że jestem introwertykiem i odpoczywam w ciszy. Spacer z psem, prysznic, pół obiadu [więcej się nie dało] i napawanie się ciszą, aby odzyskać stabilizację psychiczną.
Zadzwoniła przyjaciółka i miałyśmy swoje święte pięć minut na rozmowę. Święte pięć minut czyli koło godziny kiedy ona wraca z pracy. Kocham ten czas. Kocham ją, więc pewnie dlatego. I jak tak sobie rozmawiałyśmy zdałam sobie sprawę z tego, że pierwszy raz w życiu mam totalnie prawdziwą przyjaźń. Cieszę się z nią, smucę się z nią, bywa, że płaczę z nią choć nigdy jej tego nie okazuję, bo przecież jestem fifarafa pełna siła. Jestem z nią zawsze. Czy chora, zdrowa, szczęśliwa, smutna, zła - ja jestem. I ona jest ze mną zawsze. Czy piję, ćpam, gram, złoszczę się, smucę, płaczę, jestem szczęśliwa, robię rozpierdol, nieważne - ona jest ze mną. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam, by ktoś był przy mnie na dobre i złe i bym ja była przy kimś na dobre i złe. I abstrahując od wszystkiego to tak obiektywnie patrząc po ludziach, których znam to prawdziwa przyjaźń chyba jest rzadkością, więc come on, już bardziej Cię Gosia kochać nie mogę. Warto było się wkurwiać 33 lata życia po to, żeby dopiero w 2025 zyskać prawdziwą, uczciwą, lojalną i najwspanialszą przyjaciółkę. Kocham mój świat z nią.
Wczoraj dałam kosza Damianowi i trwa złowieszcza cisza. Przejechał się po mnie jak nie powiem po czym, ale to już jest jego sprawa. Nijak się z tym czuję. Lubię go i tak dalej, ale wiem, że z nim i jego zachowaniem popłynę szybciej niż mi się wydaje dlatego wyjebane. Mam za dużo do stracenia.
Mój plan zakładał, żeby koło 18 najpóźniej położyć się spać, bo padam na pysk, ale nieeeeeeeee.. Sąsiedzi napierdalają koncert jakiegoś metalu i tak mi chata dudni, że nawet jakbym się najebała to nie dałabym rady w tym łomocie zasnąć. A drudzy sąsiedzi niedawno zostali rodzicami, więc jak dudni taka muzyka to na drugie uszko koncertuje ich noworodek. Kocham mieszkać w bloku i za nic w życiu nie chciałabym mieszkać w domku jednorodzinnym, ale czasami jest grubo..
Czuję dzisiaj dużo rzeczy, których czuć nie chcę, ale umiem z tym żyć, więc jakoś to będzie. Dzieje się, dużo się dzieje. Szczerze? Najchętniej zamknęłabym się w szpitalu i aż sama nie wierzę, że to piszę.
Do jutra.