Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Wczoraj nie pisałam, bo poległam emocjonalnie i fizycznie. Byłam tak zmęczona, że po pracy poszłam spać i wstałam jeszcze bardziej załamana niż byłam zanim się położyłam. Moja depresja ma się naprawdę dobrze i rozpędza się w tempie ciężkim do wyhamowania.
Spałam w nocy no chyba chwilę tylko. Krwotoki, bóle serca, bóle wątroby. Zaczynam łapać paranoje, że koniec jest bliski, ale z drugiej strony nie przeszkadza mi to tylko niech przestanie boleć. Jeszcze mi na instagramie wyskoczyła rolka, że no ziomku jak Cię wątroba już boli to raczej do piachu, bo na wstępnym etapie problemów z tym organem bóli nie ma. A niech mnie kurwa już trafi. Mam dość.
W pracy dostawałam dzisiaj przez jakieś 7,5 godziny opierdol. Byłoby 9h, ale pół godziny byłam na magazynie sama i rozpisywałam plan na cały dzień, pół godziny miałam spotkanie z HR, a pół godziny z jakością. Dzisiaj bez przerwy pracowałam ponad 9h. Ten opierdol nawet nie był za moją pracę, nie był do mnie. GLOBALNIE DO WSZYSTKICH, ale ja musiałam tego wysłuchać. I normalnie jest tak, że mam to w dupie. Kiedy jest moja wina i widzę pole do poprawy to korporacyjny opierdol biorę jako wskaźnik do potencjalnych zmian i tyle. Reszta po mnie spływa. Tyle lat pracuję już w korpo, że wiem, że czasem ten opierdol muszę zebrać. Ale dzisiaj nie miałam na to sił. Jestem opierdalana, dostaję krwotoku, przepraszam i chcę się dostać do toalety, która okazuje się nieczynna i muszę zapierdalać na drugi koniec magazynu do biura, żeby się ogarnąć. Dzień w pracy w pigułce.
Wsiadłam do auta i się po prostu popłakałam jak tylko wyjechałam za teren firmy. Jestem tak kurewsko nieszczęśliwa, jest mi tak kurewsko źle i ciężko, że przestaję nad tym panować, przestaję sobie radzić.
Nie chce mi się komentować popołudnia. Chciałabym, żeby jutro mnie pierdolnął samochód czy coś i zakończył ten pierdolony trud.
Do jutra.