Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Spałam dzisiaj jak kamień. I tak to mniej więcej u mnie wygląda: kilka dni się męczę ze spaniem, bo nie śpię prawie wcale, potem śpię jak martwa, potem znowu bezsenność i tak do obrzygania. No nic to. Taki już mój los. Pokładam wielkie nadzieję w tym, że dzięki lekom i terapii moje samopoczucie się w końcu ustabilizuje.
Poranek podniósł mi ciśnienie do granic możliwości, ale już nie chce mi się o tym pisać. Chcę to wyrzucić z głowy jak najszybciej, żeby był chociaż cień szansy, że nie wpadnę w błędne koło rozpaczy.
Przestałam panikować o lek. Nie będzie go jutro w okolicznych aptekach - trudno. Ufam mojej pani doktor i wiem, że nie pozwoli, żeby stała mi się krzywda. Poza tym jest to jeden z trzech leków, które trzymają mnie przy życiu, więc wierzę, że w przypadku sytuacji krytycznej pozostałe dwa i ewentualnie nowy lek / nowe leki również mnie przy tym życiu utrzymają. Niejednokrotnie zresztą leki odstawiałam sama, zapijałam je alkoholem, przekraczałam kilkukrotnie dawki i jeszcze żyję także myślę, że nie będzie tak źle.
W pracy spoko. Sporo się działo, bo miałam dzisiaj dzień bez asystentki, a także rekrutację, która była tak bekowa, że szok. Pierwszy raz uczestniczyłam w rekrutacji pracownika nie szeregowego i jeśli takie jełopy pchają się na wyższe stanowiska to ja się nie dziwię, że u nas tyle wakatów. Mniejsza. Było mi trochę trudno, bo męczy mnie dzisiaj senność. Niby dobrze spałam, niby długo spałam, a ziewałam w pracy gorzej niż po zarwanej nocy. Dostałam pochwałę od dyrektora logistyki, byłam na zebraniu, wypiłam na przerwie dwie kawy, osiągnęłam cele, poszłam do domu.
Spacer z psem, prysznic i stukam te słowa. Wzięłam już leki [jeszcze mam hehe] i idę zaraz się położyć. Jutro przed pracą nic nie muszę robić dlatego mam nikczemny plan, żeby się pobyczyć w łóżku przynajmniej do 11. To jest to, co tygryski lubią najbardziej.
Ostatni czas nie był dla mnie łatwy, ale próbuję się pozbierać. Parę razy złamałam abstynencję, parę razy załamałam się kompletnie, ale chcę wstać i powoli wstaję. Jest jak jest. Mam w sobie dzisiaj dużo pogodzenia z losem. Tyle lat się już szarpię, że dziś po prostu wzruszam ramionami na myśl, że lepiej już nie będzie. Pewnie jutro z tego powodu dostanę kompletnego załamania, ale to już inna sprawa.
Przygryzam pierniczka i lecę do wyrka.
Do jutra.