Źródło: Pixabay
Dzień dobry.
Noc była ciężka. Łatwo się było zresztą jego domyślić po wczorajszym wpisie. Rano wstałam i zastanawiałam się co mam zrobić, żeby w końcu było lepiej. Pojechałam do pani doktor i dostałam odpowiedź na tacy: przetrwać. Długo z nią rozmawiałam i wlała mi do serca bardzo dużo nadziei, że aktualny stan w końcu minie. I w sumie się z nią zgadzam, bo zawsze mija. Z niejednej czarnej dupy już mnie wyciągnęła, więc dlaczego teraz miałoby być inaczej? I nawet jeśli modyfikacja leków nie przyniosła jeszcze lub nie przyniesie wcale oczekiwanego skutku w najbliższym czasie to warto było z nią porozmawiać choćby po to, żeby odzyskać tę nadzieję. Zapłonęła iskierka i jedynie muszę się postarać, żeby nie zgasła.
Terapię dzisiaj miałam zdalnie, bo nie chciało mi się jechać. Po prostu. I nie jestem z niej zadowolona. Tzn. inaczej. Dużo banałów, które przynajmniej na ten moment nic nie wnoszą do mojego życia. Chyba, że po prostu czegoś nie dostrzegam.
Drzemka, a potem kawa z przyjaciółką. Potrzebowałam tego. Brakowało mi jej co w sumie jest dziwne, bo rozmawiamy niemal codziennie, ale po prostu brakowało mi jej i tyle. Kawa, spacer i dodając do tego pozytywną wizytę u lekarza naprawdę na ten moment widzę sens, żeby jeszcze powalczyć. Jakoś się podniosę. Powoli, powoli i się uda. Cieszy mnie odzyskana nadzieja, po prostu.
Idę spać. Nie wiem czy to zasługa nowego leku czy po prostu wychodzi ze mnie zmęczenie ostatnich dni, ale jestem strasznie senna. Dodając do tego fakt, że jutro pobudka o 4, a ja kurewsko nienawidzę rano wstawać to myślę, że położenie się do łóżka dobrze mi zrobi. Jeszcze trochę życia przede mną, więc fajnie będzie je spędzić jako wypoczęty i zadowolony człowiek. Powalczę jeszcze. Jeszcze powalczę.
Do jutra.