Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Tak, wiem, miałam już pisać codziennie, ale ostatnio tyle się dzieje, że mi to nie wyszło. Jestem przemęczona, przepracowana i przebodźcowana, a do tego co jakiś czas zdarzają mi się potknięcia z używkami dlatego też moja obecność tutaj jest taka wyrywkowa ostatnio.
Na raty dzisiaj wstawałam, bo po prostu mi się nie chciało. Tak po ludzku. Jeszcze wizja terapii kompletnie nie zachęcała mnie do tego, żeby rozpocząć dzień, ale wiem, że bez terapii będzie kicha, więc nie mam za bardzo wyboru. Było znośnie. Rozmawiałyśmy o mojej kondycji psychicznej, która w ostatnim czasie jest powiedzmy delikatnie nadszarpnięta, a ja nie wiem czy jest tak dlatego, że rzeczywistość mnie ostatnio nie oszczędza i ok, mam do tego prawo czy coś się dzieje chorobowo. I trochę jestem zmęczona rozkminianiem tego, ale to już inna sprawa. Na koniec pani psycholog powiedziała mi, że widzi jak tytaniczną pracę wykonałam przez ostatni rok. Jak w końcu zaczynam powoli rozmawiać z nią pełnymi zdaniami, a nie monosylabami. I zwróciła mi uwagę, że jeszcze rok temu byłam w tak ciężkim epizodzie depresyjnym, że średnio co 15 minut chciałam się pozbawić życia, a dzisiaj jestem i stoję stabilnie. Rok temu? Jeszcze w styczniu było blisko. Zwróciła mi uwagę, że powinnam zacząć patrzeć trochę szerzej na to jaką drogę przebyłam przez ten rok, ale mi to nie wychodzi zbytnio. Cały czas mam wrażenie, że jestem zapętlona w schemacie udawania, że jest lepiej niż jest w rzeczywistości, bo gdy zostaję sama ze swoją głową to wcale nie jest tak kolorowo jak ona na to patrzy. Ale może to ja czegoś nie widzę?
Dzisiaj był dla mnie ważny dzień, bo byłam umówiona z przyjaciółką na obiad w jej domu. Bardzo mnie to stresowało. Miałam spędzić czas z jej rodziną i w ogóle z nią. Stresowało mnie nowe miejsce, bo zawsze mnie stresują nowe miejsca jak i bycie z jej dziećmi, bo chcę być dobrą i odpowiedzialną ciocią, a że mam najebane we łbie to nie jest to takie proste. Niemniej jednak było wspaniale. Stresująco - tak. Ciężko - tak. Ale wspaniale. Jej dzieci chyba mnie lubią, ja je na pewno. Było śmiesznie, ciepło i fajnie. Diabeł, który mnie straszył w wyobrażeniach o tym dniu okazał się kompletnie niegroźny. Dzieciaki kolejny raz skradły mi serce, a czas spędzony z przyjaciółką na po prostu rozmowie cudowny jak zawsze. Bezcenne chwile.
Wróciłam do domu i pies nie odstępował mnie na krok, bo musiał mnie obwąchać po moim spotkaniu z pięcioma innymi psami. Poszliśmy na spacer co dobrze mi zrobiło, bo mało ruchu dzisiaj miałam. On zresztą też. W ogóle byłam pewna, że będzie stęskniony, bo cały dzień mnie nie było w domu, a jak weszłam do domu to stał tak zaspany, że mam wątpliwość czy w ogóle odnotował fakt, że mnie nie było. Trudna to miłość.
Ważny, wspaniały i cudowny dzień pełny miłości i choć nie jestem przyzwyczajona do takich doznań to jest mi aktualnie dobrze. Po prostu.
Do jutra [obiecuję!].