Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Znowu zniknęłam, a miałam tego nie robić. A jak znikam to oczywiście wiadomo, że działo się źle.
Kilkukrotnie złamałam abstynencję włącznie z tym, że majówka była tak ciężka, że dzisiaj wykręca mi wątrobę, nerki i żołądek. Totalnie nie powinnam dzisiaj jechać do pracy, bo choć byłam trzeźwa to się kompletnie tak nie czułam. W sensie alkoholowo to tam jeszcze pół biedy - nie było wczoraj tak źle, ale ogólnie mój organizm mówi dość. Nie będę się jednak nad sobą użalać: zbieram co zasiałam.
Przez ostatnie jakoś 1,5 tygodnia dużo się wydarzyło i po prostu tego nie dźwignęłam. Żyję w stresie, lęku, depresji, gniewie, rozpaczy, strachu, a na zewnątrz muszę udawać, że wszystko gra, bo tego wymaga ode mnie świat. I przestaję sobie z tym radzić. Jak już byłam blisko upadku, bo coraz trudniej było mi dźwigać codzienność to co się wydarzyło? Do mojego życia wrócił człowiek, którego już znacie z licznych opowieści i z którym zawsze upadam na samo dno. I nie inaczej było w tym przypadku. Nie uczę się na swoich własnych błędach albo sama już nie wiem co jest ze mną nie tak. Tzn. wiem, ale lepiej nie mówić.
Moim wrogiem jest wszystko co mnie otacza. Moja inteligencja, moja wysoka wrażliwość, bo ze mnie taki kozak to tylko na zewnątrz, moja przeszłość, rodzina, ziomki z osiedla, wszystko. I z jakiegoś powodu po kumulacji chujowizny, która mnie spotkała w ostatnim czasie zabrakło mi sił, żeby nad tym panować, po prostu. Można mnie biczować przez następne trzy pokolenia, ale fajnie by było pamiętać, że ja też jestem tylko człowiekiem.
Nie wiem co będzie dalej. Nie mam pojęcia. Jeszcze przed majówką zapisałam się na terapię uzależnień no i co, zaczynamy zabawę od nowa. Upadłam, poleżałam i jakoś spróbuję powoli wstać. Jutro mam swoją zwykłą, regularną terapię co też mam nadzieję pozwoli mi złapać trochę oddechu, bo poziom kortyzolu jest wyjebany ponad skalę. Jakoś to naprawię.
A co dzisiaj.. No nic w sumie. Tak bardzo potrzebowałam odkleić się od siebie i tej chujni, że zrobiliśmy mega zajebisty wynik w pracy. Ciężko mi się dzisiaj pracowało, bo depresja plus dolegliwości fizyczne naprawdę dawały mi czadu, ale jakoś poszło. Muszę sobie dobrze rozplanować weekend, bo znowu mam długi przez wolne w poniedziałek i we wtorek. Nie polegnę, ni chuja.
Po powrocie do domu spacer z psem i udało mi się wcisnąć trochę żarcia, a jest to całkiem niezłe osiągnięcie, bo nie pamiętam kiedy ostatnio jadłam. Ureguluję i to, jutro już powinno być lepiej. Cieszę się, że ten dzień się już kończy. Boję się co przyniesie kolejny.
Do jutra.