Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Źle spałam. Dalej towarzyszy mi bunt ciała, ale no biorę to na klatę. Nie mam zresztą innego wyjścia. Tzn. mam, ale przyjmijmy, że nie mam. Śniadania nie udało mi się zjeść, płyny wchodzą trochę lepiej, ale nadal kiepsko. Poza tym wstałam z tak ciężką depresją, że miałam ochotę się pochlastać.
Pojechałam na terapię i wczoraj wierzyłam, że da mi ona trochę oddechu, ale niestety było odwrotnie. Nieopacznie wyrzuciłam z siebie to, co dokucza mi ostatnio najbardziej i mówię nieopacznie, bo wcale nie chciałam z nikim na ten temat rozmawiać. Wiedziałam, że się rozpadnę już do końca i w istocie tak było. Ciężka to była sesja, po której wyszłam w tak złym stanie, że ciężko mi to w ogóle ubrać w słowa. Nie dość, że rozmawiałam o czymś, o czym rozmawiać nie chcę, bo boli najbardziej na świecie to jeszcze przez mój ogólny stan psychofizyczny odbierałam słowa psycholog jako przytyki w moją stronę choć wcale tak nie było.
W pracy kierownicy wzięli mnie na rozmowę co się ze mną dzieje, bo mam depresję wymalowaną na twarzy. Nic nie powiedziałam. Starałam się ze wszystkich sił zamaskować mój stan, ale mi się to nie udało, bo asystentka również wzięła mnie na rozmowę i pytała co się dzieje i jak ma mi pomóc. I co jej miałam powiedzieć? Że mi się życie wali na głowę? Że w ogóle żyć to mi się nawet nie chce zaczynając od początku? Nic nie powiedziałam. Próbowałam się nie rozpaść choć gula w gardle jest dość mocno wyczuwalna. Kilku magazynierów też mnie zaczepiło z pytaniem czy wszystko w porządku, bo jestem małomówna i wyglądam jakby mnie z krzyża zdjęli, więc tak, można oficjalnie powiedzieć, że jest źle.
Wróciłam do domu, poszłam z psem i ot, jestem. Czuję rozpacz i nic więcej. Chociaż nie. Jest jeszcze dużo lęku. Bardzo dużo. Kolacji nie udało mi się zjeść, ale już machnęłam na to ręką, nie będę się zmuszać. Trochę tylko spróbuję się nawodnić, bo to też leży. Kolejny bezsensowny dzień za mną..
Do jutra.