Źródło: Pixabay
Dzień dobry.
Znowu cichy tutaj weekend, a jak tu milczę to wiadomo, że odjebałam. I to strasznie.
W sobotę rano wstałam i nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Niby nic mi nie było, ale jakoś tak no. Pojechałam do ziomka i sobie posiedzieliśmy nad rzeką i popierdoliliśmy kilka godzin. I w sumie się trzymałam. Dobrze spędziłam czas. Jakieś tam pomniejsze rzeczy mi dokuczały, ale ogólnie było git. I po powrocie do domu też było git, ale wieczorem dostałam depresyjnej jazdy. Strasznej. Odezwał się chyba każdy mój jeden demon, który trawi mi duszę. KAŻDY KURWA. I co zrobiła jakże inteligentna Paulina? Zamiast zadzwonić czy napisać po pomoc to dałam się namówić na imprezę. Pojechałam do kolesia no i zaczął się upadek kompletny.
Alkohol lał się do rana, narkotyki sypały się do rana, ale w niedzielę rano mnie tknęło, że przecież jestem odpowiedzialnym właścicielem psa, którym trzeba się zaopiekować no to dawaj do mnie. No i tak się przeciągnęło do poniedziałku. Weekend mam kompletnie wyjęty z życia.
Wtorek był moim najgorszym dniem od jakiś myślę 15 lat. Nie dlatego, że miałam zjazd po narkotykach czy kaca, wyjebane. Nie pierwszy raz. Dlatego, że musiałam stanąć naprzeciw przyjaciółki, która mnie po prostu zmasakrowała. Nawet się nie broniłam, nie było po co. Skoro odjebałam to po co używać jakiś kretyńskich wymówek. Stało się i tyle, muszę to naprawić. No może nie muszę, ale chcę.
Pogubiłam się. Obiektywnie mam dobre życie: mam bliskich, którzy mnie kochają, a ja ich, mam zajebistą pracę i mogłabym tak jeszcze wymienić z kilkanaście pozytywów, a jednak wciąż szukam chuja do dupy i co rusz tracę kompletnie motywację do życia tak jak teraz. Nie chcę sobie zrobić krzywdy, nie idzie mi w samobójstwo kompletnie, ale po prostu nie mam kompletnie motywacji do życia. Wszystko co się wokół dzieje, co się działo w moim życiu, co czuję i myślę tak bardzo mnie dojeżdża, że momentami mam totalnie wyjebane na to co jeszcze się wydarzy. I wtedy się zamykam w sobie, bo oczywiście nikomu nie mówię, że dzieje mi się źle i zaczynam odpierdalać głupoty.
Wszystko co mi powiedziała przyjaciółka dotknęło mnie tak do żywego, że wstanę. Może na razie nie dla siebie, bo do tego trochę brakuje mi werwy, ale dla tych kilku osób, które jeszcze we mnie wierzą. Póki jeszcze mnie nie skreślili, ale jak się nie uspokoję to nie wiadomo ile to potrwa jeszcze. Kurewsko boli mnie dusza.
Co dzisiaj.. Wstałam jak z krzyża zdjęta, bo spałam jakieś 2h. Noc była ciężka. Dużo łez, wymioty, tachykardia i inne tego typu przyjemności. Niemniej trzeźwa, więc pojechałam do pracy. No i w pracy nie było lepiej, bo moja asystentka zapytała mnie jak rozmowa z przyjaciółką, więc jej powiedziałam, że źle, bo znowu odjebałam no i od niej też się nasłuchałam. Kilka zdań mi powiedziała takich, że po pracy w aucie jebłam beksa. Nie wgniotła mnie w ziemię, ale też dotknęła do żywego.
Po pracy weszłam do domu, siadłam w butach na kanapę i po prostu zasnęłam. Jestem wykończona, a do tego wszystko mnie boli. Zmogło mnie na godzinę z hakiem i obudził mnie ojciec telefonem. Zdziwiłam się, bo nie gadamy od miesiąca no i zadzwonił z wiadomością, że teść mojego brata jest w szpitalu, bo ma guza mózgu. Nie chce mi się tego komentować. Nie mam siły komentować tego, co się dzieje. Zrobiłam obiad, którego za dużo nie udało mi się zjeść, bo mdłości i ból żołądka i pojechałam objechać apteki, żeby w końcu dostać moje leki i alleluja, dostałam.
Zablokowałam i wyjebałam z telefonów wszystkie kontakty, które są moralnie lub prawnie wątpliwe. Mam leki. Miałam jechać na miting, ale tak mi ciało dokucza, że nie jestem w stanie dlatego włączyłam sobie miting online. Zaraz zrobię drugie podejście do obiadu i po mitingu idę spać, bo jestem wyczerpana, po prostu wyczerpana. Nie żalę się, zbieram co zasiałam, ale jest kurwa ciężko. Jednak wstanę, bo mam dla kogo. Póki jeszcze mam dla kogo.
Do jutra.