Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Mało dzisiaj spałam, ale wstałam rześka i szczęśliwa. Prysznic, spacer z psem, leki, śniadanie odpuściłam, bo nie chciało mi się jeść i pojechałam do pracy. W pracy ogień przebrzydły. I dobrze, lubię takie dni. Miałam dzisiaj kilka spotkań, w tym jedną rekrutację, poza tym dużo rozmów z głównym kierownikiem jak wyjść z aktualnej zadyszki i dzień poleciał mi momentalnie. Trochę czasu też spędziłam nad Excelem i Chatem GPT, żeby sobie skonstruować arkusz, który będzie mi automatycznie liczył grafikowe tematy. I się udało. Dzięki temu w skali tygodnia zaoszczędzę kilka godzin, bo nie będę musiała robić manualnie statystyk wszelakich. Cały dzień towarzyszył mi dobry humor, dobrze się czuję, dobrze się bawię nawet w pracy i to nawet gdy jest taki zapierdol. Jest po prostu dobrze.
Koło 15 dotarłam do domu i godzinę rozmawiałam z przyjaciółką co zawsze jest fajnym czasem. Bardzo lubię nasze rozmowy. I cieszę się, że przy mnie została, bo bardzo się bałam, że odejdzie, bardzo.
Musiałam popracować trochę z domu, żeby pouzupełniać trochę danych dotyczących mojego działu, bo w pracy po pierwsze nie mam na to czasu, a po drugie czas to może i bym znalazła, ale wolę się skupić w pracy typowo na operacji, a nie dłubaniu takich rzeczy. W międzyczasie napisał jeszcze główny kierownik, zrobiliśmy plan wstawania z kolan na nadchodzący weekend i tyle. Uwielbiam swoją pracę. Serio.
Wieczór to spacer z psem i jakieś licho mnie podkusiło, żeby na oblodzone chodniki ubrać adidasy z chyba najbardziej płaską podeszwą jakie mam. Powiedzmy, że było ciekawie. Zaraz spróbuję coś zjeść, ale nie wiem czy to się uda, bo nie mam jakoś apetytu, ogarnę się i czekam na kumpla, bo będziemy dzisiaj robić fajne rzeczy. Poza pracą też trzeba żyć.
Do jutra.