Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Nie wyspałam się. Niemniej jednak musiałam dość wcześnie jak na mnie wstać [a ja nienawidzę wcześnie wstawać], ponieważ na 8 byłam umówiona z przyjaciółką. Chciałam z nią porozmawiać na temat tego, że nie chcę chodzić na terapię uzależnień. Powodów mojej awersji jest kilka, ale główny jest chyba taki, że mielę terapię uzależnień od ponad 6 lat i jestem już tym po prostu zmęczona. To są cały czas te same odgrzewane kotlety, a ja chyba potrzebuję chwili oddechu. Ze swojej normalnej terapii nie zamierzam rezygnować, ale od tej uzależnień potrzebuję odpoczynku. Po prostu czuję, że tego potrzebuję. Nie mam przestrzeni znów gadać o tym samym. Chciałam o tym porozmawiać z Gosią, bo trochę odebrałam naszą rozmowę ostatnią tak, że to jest warunek dla mnie, że mam tam wrócić. Na szczęście udało nam się porozumieć i nie muszę, a między nami wszystko jest w porządku. Poszłyśmy na spacer i dobrze spędziłam ten czas. Jak zawsze zresztą no chyba, że coś odpierdolę i obrywam to wtedy fajnie nie jest, ale że byłam grzeczna cały weekend i nie upadłam to było naprawdę spoko. Kocham ją soł macz.
Pojechałam do pracy w bardzo niestabilnym nastroju. Bardzo. Miotało mnie między depresją, a euforią. I dużo lęku i gniewu. Wybuchowa mieszanka. Jak tylko przyszła asystentka to zaczęła mi się bacznie przyglądać, więc od razu jej powiedziałam, że nic nie odwaliłam w weekend, jestem trzeźwa. Odniosłam wrażenie jakby jej ulżyło. Przyjaciółka mi powiedziała dzisiaj, że pisała do niej zaniepokojona tym co się ze mną dzieje. Przykro mi tak po ludzku, że dostarczyłam jej takich nerwów. Gdzieś tam przez te pół roku zbliżyłyśmy się do siebie i nasza relacja trochę wykracza poza standardową relację lider - asystentka, ale no już trudno, stało się. Mogę jedynie popracować nad tym, żeby już ani jedna ani druga nie cierpiały przeze mnie. Dużo dzisiaj rozmawiałyśmy i jak zostałyśmy same to ją przeprosiłam za to, że musiała się o mnie martwić. Po prostu czułam taką potrzebę. Przeprosiny przyjęte, wszystko między nami gra, ale i tak będzie się o mnie martwić. W sumie to miłe. Nowe i nieznane, że ktoś się o mnie tak martwi i troszczy, a tu robią to już dwie osoby.
Pod koniec pracy zaczęły mi siadać baterie i ta euforia odchodziła w niebyt, a w to miejsce pojawiła się pustka, depresja, ból, lęk, nicość. Coś jakbym wpadła do oceanu i powoli opadała na dno bez możliwości jakiegokolwiek ratunku. Bez w ogóle najmniejszych szans na ratunek. I na to wszystko wkroczyła cała na biało moja przyjaciółka, żeby ze mną przeprowadzić poważną rozmowę co mam zrobić PO JEJ ŚMIERCI. Więc najdelikatniej mówiąc rozpadłam się już zupełnie i nawet jej nie odpisałam na ostatnią wiadomość, bo wszystko co mi się cisnęło, żeby napisać wywołałoby pyskówkę niepotrzebną. Rozumiem, że miała potrzebę wyjaśnienia mi swoich planów, rozumiem, że taka jest kolej życia i takie tam pierdolenie, ale nie mam zgody na jej śmierć kompletnie i na co dzień odpycham od siebie skutecznie myśl, że kiedyś może jej nie być w moim życiu, więc jak mi zajebała dzisiaj taką petardę jak moja forma była zła no to nie mogło się skończyć inaczej niż upadkiem psychicznym. Nie jej wina. Z obietnic się wywiążę, ale mam nadzieję, że zdechnę pierwsza [a są na to spore szanse], bo nie chcę świata bez niej.
Wracałam do domu to się w ogóle popłakałam w aucie. Zabrałam psa na długi spacer co nie do końca sprzyjało mojemu zdrowiu psychicznemu, bo trochę mi się lęków odpaliło przez łażenie po nocnym osiedlu, ale tego potrzebowałam. I znowu czuję nic. Pustkę, nic, nicość. Ciekawe co mnie szybciej wykończy: moja wrażliwość czy miłość do używek?
W ogóle to chyba udało mi się w miarę sensownie rozplanować weekend, więc jak się postaram, a nie będę leniwą pizdą to jest potencjał na to, że nie złamię abstynencji ponownie. W sobotę widzę się z przyjaciółką i jej córką, a w niedzielę idę do pracy na ponad 10h, a potem jadę do ziomka nad jezioro. Naprawdę są spore szanse, że nic nie odpierdolę. Oby.
Do jutra.