Źródło: Pixabay
Dobry wieczór.
Mizernie spałam. Długo siedziałam, bo nie mogłam zasnąć, więc rano zwleczenie się z łóżka było wielkim osiągnięciem. Normalnie to myślę, że przeleżałabym w łóżku cały dzień, ale dzisiaj nie mogłam sobie na to pozwolić, ponieważ byłam umówiona z przyjaciółką i jej córką na Rossmann run. Pokrótce chodzi o to, żeby w dwie godziny zrobić 10km. Z racji tego, że żadna z nas nie jest sportowcem to stwierdziłyśmy, że przejdziemy to spacerem. Nie przerażał mnie dystans, bo ja ogólnie dużo chodzę, ale miałam przeświadczenie, że nie zmieścimy się w limicie czasowym plus pogoda była iście piekielna. Jak jest taka pogoda to ja w ogóle nie ruszam się z domu przed 18, a tu wymarsz był o 12. Rewelacja. Dobrze się bawiłam. Można jak widać spędzać czas na trzeźwo i mnie to nie zabija. Dowiedziałam się też o sobie, że jestem chuj nie nawigator. Nie no dobra, wiedziałam o tym wcześniej. Było śmiesznie. I o dziwo zmieściłyśmy się w limicie czasowym choć końcówkę przyjaciółka klepała w Dino między półkami. Nieważne, cel osiągnięty.
Potem posiedziałyśmy w ogrodzie i też było spoko. Dobrze się czuję przy mojej przyjaciółce, bardzo bezpiecznie przede wszystkim. I lubię jej dzieci i one mnie chyba trochę też. Wydaje mi się, że to jak spędziłam dzisiaj dzień to jest po prostu normalność, w którą ja jeszcze nie umiem za bardzo. Bo jak jest za spokojnie to się cała napinam, że zło pierdolnie mnie znienacka. A tu nic takiego nie miało miejsca. Kocham moją przyjaciółkę, jestem kochana przez nią, czego chcieć więcej.
Pojechałam na miting i było fajnie. Grupa się rozrosła. Był gość, którego znam już kilka lat ze wspólnoty AA i on mnie generalnie strasznie wkurwia. Starałam się jednak skupić na tym co dobre. Wypiłam z chłopakami herbatę, pogadaliśmy i udało mi się otworzyć dzisiaj trochę. Małymi kroczkami. Na ogół milczę albo skrótowo mówię jak mi minął tydzień tj. "pracowałam, nie umarłam, jest git". Dzisiaj nawet trochę powiedziałam o emocjach, które mną targały, a było ich dużo. Jeden koleś zaczął opowiadać o tym jak to w grudniu próbował popełnić samobójstwo i aż mnie wszystko w środku zaczęło boleć, bo też w grudniu próbowałam rozstać się z tym światem. Bardzo mi siadł nastrój, bo dojechały mnie mgliste wspomnienia z grudnia, a nie mam ich zbyt wiele, bo raz, że używki, a dwa mania. Ciężki to był czas, ale wydaje mi się, że najcięższy był dla mojej przyjaciółki i jestem wdzięczna najbardziej na świecie, że mimo tego została ze mną, jest przy mnie i pomaga mi się podnieść. Chyba nigdy jeszcze do nikogo nie czułam takiej wdzięczności jak do niej. I do losu, że postawił ją na mojej drodze. Wyszłam z mitingu strasznie przybita, straaaasznie.
Po powrocie do domu spacer z psem, bo było już trochę chłodniej i w sumie tyle co usiadłam w fotelu, a zadzwoniła kumpela z AA, że już jest w domu i wpadaj na kawkę. Mam do niej jakieś 5 minut spacerkiem. Darię też znam już od kilku lat, ale z racji tego, że jestem bardzo zamknięta w sobie to wydaje mi się, że nie znamy się w ogóle. Posiedziałyśmy i pogadałyśmy w sumie trochę od serca. Nadal nie mówię o tym co czuję i myślę, bo nie potrafię, ale pogadałyśmy o moim szpitalu, łamaniu abstynencji i w ogóle. Jest to kolejna osoba, która wspiera mnie w mojej drodze do trzeźwości i ostatnio coraz bardziej takich ludzi doceniam. Ciężko mi idzie w relacje. Staram się nie zamykać na ludzi, ale jak przychodzi co do czego to i tak opowiadam co robiłam [w wersji ocenzurowanej oczywiście], a nie co czuję i myślę. Mimo wszystko dobrze spędziłam czas. Ona też mi bardzo kibicuje, wierzy we mnie i wiem, że zawsze mi pomoże. Ale pomoże mi przed zapiciem i to jest coś czego muszę się nauczyć: prosić o pomoc przed upadkiem totalnym.
Wróciłam do domu jak z jakiś wakacji: japa spieczona słońcem. Czuję się przebodźcowana mocno, ale to chyba miting tak na mnie dzisiaj podziałał. Jakieś takie chujowe rzeczy sobie powkręcałam na głowę, bo zamiast wyciągnąć wnioski to wolałam się utopić we własnych, chujowych myślach i wspomnieniach. No mówi się trudno. Mimo wszystko uważam, że spędziłam dzisiaj bardzo przykładnie dzień. Zachowałam trzeźwość, otworzyłam się na ludzi, nic nie odjebałam. Może będą ze mnie ludzie. To czego mi brakuje do pełni szczęścia to umiejętności mówienia o uczuciach i myślach, ale głęboko wierzę, że jak będę nad tym pracować to będzie coraz lepiej. A co aktualnie czuję i myślę? Czuję jakąś taką beznadzieję, że jest ze mnie bardzo, ale to bardzo chujowa przyjaciółka skoro dostarczam Gosi ciągle jakiś trosk, a już za grudzień to w ogóle powinna mnie zabić i myślę, że jestem chujowym człowiekiem. Moje sumienie waży więcej ode mnie i to mnie ostatnio strasznie dojeżdża. Świat pod wpływem substancji psychoaktywnych jest bardziej znośny, ale ni chuj się nie poddam.
21k kroków, 14,5km, 2900 kcal, japa spalona słońcem i dużo wdzięczności w sercu za ten dzień.
Do jutra.