Źródło: fotografia własna
Dobry wieczór.
Nieźle spałam. I długo przede wszystkim. I muszę przyznać, że wstałam w dobrym nastroju. Trochę nogi miałam zmęczone po ostatnich dwóch dniach wędrówek, ale czułam się jakoś tak fajnie. Przyszła jasność umysłu, jakiś taki spokój w duszy. Bardzo, ale to bardzo mnie to ucieszyło. Tak naprawdę jedyne co mi zaprzątało głowę to fakt, że rozpoczął się upał, a ja nienawidzę wysokich temperatur, bo bardzo źle je znoszę. Raz, że źle znoszę, a dwa po prostu nie lubię i tyle.
Ogarnęłam się i pojechałam do babci z misją. Moja babcia jest fanką żużla i to wielką i nie mogła oglądać Grand Prix, ponieważ transmisja odbywa się na kanale, którego oni nie mają i nijak nie mogli samodzielnie nabyć. Dlatego pojechałam, utworzyłam im konto na Maxie, podpięłam swoja kartę i babcia już będzie mogła oglądać wszystkie możliwe transmisje sportowe. Bardzo dobrze spędziłam z nimi czas. Zjedliśmy dobry obiadek, opychaliśmy się lodami. Babcia jakieś milion razy powiedziała, że bardzo mnie kocha i na mnie zawsze można liczyć, a ja jakieś milion jeden razy jej powiedziałam, że po to mnie mają, żebym im pomagała i ja też ich bardzo kocham. Wizyta niesamowicie naładowała mi baterie i wyszłam od nich cała w skowronkach.
Pojechałam zrobić badania poziomu litu we krwi i fajnie, bo nie było kolejki, byłam jedyną pacjentką. Nigdy pobieranie krwi nie robiło na mnie wrażenia, ale od jakiegoś czasu jest to dla mnie bardzo bolesne. Nie wiem czy to we mnie się coś zmieniło czy jakoś pechowo trafiam na personel medyczny, ale normalnie aż mi skóra cierpnie przy wbiciu igły. Mały spoiler: wyniki są tragiczne. Są mniej więcej na poziomie takim jakbym w ogóle litu nie brała i to może tłumaczyć moje rozchwianie emocjonalne, bo lit jest stabilizatorem nastroju. I nie wiem z czego wynika ta sytuacja. Czy to zmęczenie ostatnimi dniami? Odwodnienie, do którego się dzisiaj doprowadziłam? Zła dieta? Brak ruchu? Nie mam zielonego pojęcia, ale bardzo mnie to zaniepokoiło. Na szczęście w piątek mam wizytę u psychiatry to przegadamy temat.
Popołudniu po powrocie do domu trochę musiałam podreperować moje zdrowie. A najbardziej nawodnienie, bo już czułam się kompletnie odwodniona. Ledwo żyłam. Cały dzień był straszny upał, pół tego dnia spędziłam w nagrzanym aucie [nie mam klimy], a do godziny 17 wypiłam raptem kawę. Rozpuściłam witaminy w wodzie i powoli, małymi łyczkami przepuściłam wodny atak na moje ciało. Z godziny na godzinę było trochę lepiej, ale męczą mnie dzisiaj dość silne bóle w klatce piersiowej. Jednak jak to ja: nie panikuję. Poboli i przestanie.
Wieczór strasznie mnie wkurwił. Nie chcę pisać dlaczego, bo sytuacja nie dotyczy bezpośrednio mnie, ale moja przyjaciółka cierpi przez kogoś, więc automatycznie mam mordercze myśli i takie wkurwienie, że już wiem, że noc będzie pozbawiona snu. Kocham ją, więc jak dzieje się jej krzywda to wychodzę z siebie.
I tak mi minął dzień. Jutro idę do pracy, ale tylko na dwa dni, bo czwartek i piątek mam znowu wolny. I moim celem jest, aby nic nie odwalić. Mam na to już pewien pomysł, jakieś tam plany już potworzyłam także jestem dobrej myśli.
Do jutra.