Obraz autorstwa użytkownika jaegermb z serwisu Pixabay
(Na hive nie publikowane wcześniej, nigdzie w całości. Wyjaśnienia pod właściwym tekstem)
Z wrót Soboru Mołczańskiego wyszły pierwsze szeregi żałobnego konduktu. Szlochy przerwały ciszę. Wyszli patriarchowie w długich, wyszywanych szatach. Za nimi eskorta z Gwardzistów Cesarskich, z kirami wplecionymi w kapelusze. Trumna, która za nimi jechała, z pozoru zupełnie nie odpowiadała konduktowi. Najprostsza, drewniana, bez żadnych dekoracji, jechała na skromnym wozie. Za trumną szedł jednak sam Cesarz, okryty żałobną peleryną. Za nim kolejni dostojnicy – ministrowie, ambasadorowie, rycerstwo i duchowni.
Lud płakał szczerze nad śmiercią swojego dobroczyńcy. Elita – miała podzielone zdanie. W dalszych szeregach pochodu, dwóch obywateli w drogich strojach zaczęło szeptać między sobą.
-Po co Cesarz kazał nam tu iść? Ten klecha to był wariat, albo obcy agent – mężczyzna obwieszony sygnetami zwrócił się do towarzysza. Ten, ubrany w znakomity, ale mniej rzucający się w oczy skórzany strój, położył palce na ustach.
-Cicho. Widzisz jak po nim płaczą. Tywonow miał talent do zjednywania sobie ludzi. Gdyby Cesarz nie pojawił się na pogrzebie, wszyscy by powiedzieli, że zginął z jego polecenia.
-Ten cały Tywonow namieszał im w głowach. Tu zupkę dał, tam leki przywiózł, a zobacz jaki pałacyk sobie postawił.
Nie ulegało wątpliwości, że Monastyr Jutrzenny, do którego zbliżał się kondukt, prezentował się okazale. Kopuły na jego wieżach iskrzyły się ciepłym światłem.
-Zbudował go z datków bogatych. Szybko się wzbił na wyżyny. Albo miał talent do ludzi, albo ktoś mu pomógł.
-Na bank był obcym agentem. Przecież ci jego darczyńcy toną w długach po uszy, nie od nich brał pieniądze na swoje działania.
Kondukt stanął w połowie drogi do monastyru. Rozległy się okrzyki pełne gniewu. Tłum zaczął się burzyć. Źródło zamieszania tkwiło przy zakolu drogi. Więzienni strażnicy prowadzili skrępowaną postać, z rękami w kajdanach przymocowanych łańcuchem do kuli. Mężczyzna niewielkiego wzrostu, o niezwykłej urodzie. Z daleka w oczy rzucały się niebieskie włosy. Patrzył oczami lekko skośnymi i prawie zupełnie czarnymi. Ubrany w więzienny strój.
-Morderca się pokazał! Bezczelność!
-A właśnie że dobrze zrobił! Zabił szarlatana, wyświadczył wszystkim przysługę!
Funkcjonariusze porządkowi kilku służb – gwardziści, więziennicy i żandarmeria – dwoili się i troili, by powstrzymać tłum od zamieszek.
Posiadacz sygnetów odsłonił poły palta, ukazując szablę.
-Miałem rację to wziąć.
-Prawda. Tywonow już zaczyna swoje sztuczki zza grobu…
Przez tłum przejechała kobieta w czarnej, żałobnej sukni. Księżna Serafina, według plotek- cesarska faworyta. Nie ulegało wątpliwości, że była przyjaciółką monarchy, który podniósł wzrok, wyrażający obawę.
-Posłuchajcie! Na sprawiedliwość przyjdzie pora. Oskarżony o zabójstwo ojca Tywonowa Daimoks Swiegirsza gorąco żałuje jego śmierci i chce się modlić za duszę zmarłego.
-Pewno liczy na łaskę!
-Nie liczę na łaskę – odezwał się. Jeden z więzienników chciał go kopnąć, ale księżna go powstrzymała
– Prawdą jest, że ojciec Happo zginął z mojego miecza.
-Demon! Czarnoksiężnik!
-Jestem gotów ponieść karę, na jaką zasłużyłem. Ale nie pragnąłem śmierci ojca. Gorąco żałuję tego, co się stało i chcę choć część swojej winy odpokutować przy ostatniej drodze.
Dostojnicy byli zniesmaczeni, widząc to, co uznawali za cyrk.
Biskup, który prowadził ceremonię pogrzebową zwrócił znużone, wodniste oczy na Cesarza. Władca Borytei przywołał gestem więzienników. Zastąpili grabarzy przy wozie z trumną. Daimoks zajął miejsce przy dyszlu. Między Cesarzem a trumną Tywonowa stanęło więcej gwardzistów. Niebieskowłosy znał ich twarze. Jeszcze do niedawna koledzy, dziś patrzyli na niego z żalem, nawet z pogardą. Kondukt ruszył dalej. Aresztant, którego miecz pozbawił mnicha życia, ciągnął teraz wóz z trumną. Obok, strażnik niósł kulę, co jakiś czas brał ją ktoś inny z eskortu.
Drogę konduktu przecinała rzeka, jeden z dopływów Rozławy. Żałobnicy musieli przeprawić się przez most. Gwardziści pilnowali, aby był przejezdny. Po drugiej stronie, na poboczach ostatniej drogi, czekało mnóstwo ludzi. Cała stolica, wielkie Ostrokole z przyległościami, żegnało człowieka o wielkiej sławie.
Kondukt przeszedł przez most do połowy. Strażnicy i kapłani idący blisko trumny zaczęli słyszeć postukiwanie. Jeden z koncelebrujących popów odwrócił się i wtedy ujrzał, jak trumna roztrzaskuje się na drzazgi. Dalej wszystko potoczyło się w kilka sekund.
Z wozu zeskoczyła bestia, częściowo tylko przypominająca zmarłego. Ciało nabrzmiało, zsiniało całkowicie. Oczy mnicha broczyły krwią i ropą. Z jego gardła wydobył się ohydny bulgot. Z dłoni wyrastały szpony długie na kilkanaście centymetrów. Nie mogły same wyrosnąć. Mimo że mnich był wiekowy, jako ożywieniec okazał się zręczny. Zadał serię ciosów, po każdym padał jeden gwardzista. Przedzierał się w stronę Cesarza. Tłum wpadł w panikę, konie rżały. Monarcha miał zablokowaną drogę ucieczki. Blokował go tłum, kłębiący się z każdej strony – przed sobą miał ginących gwardzistów i mrocznego zabójcę, w ciele szanowanego mnicha.
Strażnicy próbowali ewakuować więźnia. Daimoks nie mógł sobie na to jednak pozwolić. Skupił swoje siły i mimo bliskiej obecności złej mocy, sięgnął po siłę żywiołu. Kula pokryła się grubą warstwą lodu i wyślizgnęła z rąk strażników. Niebieskowłosy zaszarżował na Tywonowa, który zdążył już prawie dopaść Cesarza. Władca miał do dyspozycji tylko ceremonialną lekką szpadę, ale nie chciała opuścić pochwy. Strzały i ciosy żelazem nie zatrzymywały ożywieńca. Daimoks wparował w ostatniej chwili, zanim niosące bolesną i długą śmierć szpony mogły się zatopić w ciele monarchy. Tywonow-ożywieniec chciał się wyślizgnąć i biec w stronę cesarza, jednak Daimoks przygniótł go kulą. Uniósł ręce, między którymi znalazł się sopel lodu. Przygwoździł nim monstrum. Błysnęło jasnoniebieskie światło. Tywonow rozpadł się na popiół, pozostawiając po sobie jedynie strzępy stroju. Daimoks spojrzał w stronę Cesarza – monarcha był bezpieczny, chroniony przez Woronów – wojowników do zadań specjalnych, zbrojne ramię tajnych służb Imperium.
Daimoks zmienił lód w śliską masę i wydobył ręce z kajdan. Woroni byli już gotowi zastąpić mu drogę, ale niebieskowłosy skoczył do przodu. Położył ręce na jednym z gwardzistów, którzy jeszcze żyli. Rany na ciele nieszczęśnika zaczęły się goić. Dowódca Woronów wstrzymał pościg, chociaż kazał pilnować rycerza. Spłoszeni i zdezorientowani kapłani chcieli uciec, ale znalazł się wśród nich ktoś, kto uspokoił nastroje i kazał wezwać uzdrowicieli. Woroni ewakuowali Cesarza w bezpieczne miejsce. Daimoks również przepadł, niczym kamień w wodę – ale nie za swoją własną sprawą.
-Gdzie teraz przebywa?
Timofiej Kryłow, generał Woronów, zdradził tę informację Cesarzowi, mówiąc tak jakby informował o czyjejś tragicznej śmierci.
-Nie było innego wyjścia, wasza wysokość… Krasnobrzeże.
-Nie musisz owijać w bawełnę, przyjacielu. Mam nadzieję że zapewniliście mu godne warunki.
-Wasza Wysokość, nie będę kłamać. Krucza Cytadela to nie uzdrowisko. Chłopcy i dziewczęta trochę go poturbowali, ale kazałem dać mu spokój. Z tego co wiem, nie sprawia problemów.
-Naszym obowiązkiem jest zwrócić temu człowiekowi wolność i wynagrodzić trudy. Zwłaszcza w świetle ostatnich doniesień.
-Racja, Wasza Wysokość. Wielu, którzy wcześniej chcieli jego śmierci, teraz uważa go za bohatera. Burzą się, że jest przetrzymywany przez władzę.
-Wobec tego nie można zwlekać.
-Wasza Wysokość, byłbym ostrożny. Rycerz Swiegirsza, jako ludowy bohater, może być niemniej groźny niż Tywonow. Jako Powiernik Wody jest narażony na pokusę magii. Teraz, gdy jego sława urosła, może być podatny na manipulacje.
-Na tyle, na ile zdołałem go poznać, uważam że jest uczciwy.
-To nie ulega wątpliwości. Ale w stolicy Cesarstwa, w Wielkim Ostrokole, króluje gra interesów. Uczciwość takich jak Daimoks może być błogosławieństwem, ale też i przekleństwem.
Przy jednej z jego interwencji straciłem kluczowego agenta.
-Przychodzisz zatem z żądaniem rekompensaty?
-W żadnym razie, panie. Mój człowiek był świadom ryzyka. Obawiam się jednak, że Swiegirsza będzie działać na własną rękę i nie będzie chciał przekraczać granic prawa. Gdyby chodziło o zagrożenie dla moich operacji, byłbym w stanie minimalizować straty. Niestety, tu mowa o zagrożeniu dla samego Cesarstwa.
Władca usiadł przy biurku. Skinął, by Timofiej usiadł wraz z nim.
-Nie jest to prosta sytuacja. Nie można go ani zatrzymać, ani wysłać do odległego garnizonu. Bohaterstwa nie wynagradza się zsyłką.
-Panie, jeśli wolno mi coś zasugerować…
-Zawsze. Mówiłem, nie kryguj się, gdy ze mną rozmawiasz.
-Może warto uczynić go cesarskim przybocznym. Pomagałby zapewnić twoje bezpieczeństwo.
-Też o tym myślałem. Brałem pod uwagę sprzeciw wszystkich kręgów, które chcą mieć swojego przedstawiciela na tym stanowisku.
-Czyli jest Wasza Wysokość przeciw?
-Tak, ale nie dlatego. Stałby się dworskim urzędnikiem i przeżywałby męczarnie. Poza tym, jest jeszcze przeszkoda wynikająca z jego Powiernictwa.
-Jak dotąd, ze swoich mocy korzysta powściągliwie. Wydaje się być świadom wszelkich zagrożeń.
-Potwierdza to naszą opinię na jego temat. To odpowiedzialna osoba. Myślę że najlepiej będzie powierzyć mu obowiązki, do których jest istotnie powołany.
Wózek nadjechał traktem, wiodącym na wschód. Zatrzymał się w jednej z podostrokolskich wiosek. Wysiadł Swiegirsza, w zbroi, bez kajdan ani więzów, nie miał tylko broni i tarczy. Na placyku pod cerkwią stała grupa gwardzistów, niektórych Daimoks rozpoznawał. Na ich twarzach widział spokój. Dla obserwatora z zewnątrz, byłyby to kamienne twarze cesarskich przybocznych. Po kilku latach umiał już dostrzec szczegóły, które świadczyły o uldze, zmieszanej z melancholią.
Spomiędzy żołnierzy wyszedł tajny radca, człowiek w średnim wieku ale pełen werwy. Widać było, że szykuje się do uroczystej przemowy – stał i gestykulował jak przyczepiony do drutów. Rozpieczętował list i zaczął odczytywać.
-Obywatela Daimoksa Swiegirszę niniejszym zwalniamy z wszelkich poczynionych mu zarzutów. Za wszelkie niedogodności przyznajemy rekompensatę i zaświadczamy, że jest obywatelem wolnym, swój status w poczcie rycerskim zachowuje. Niniejszym mianujemy go również emisariuszem cesarskim w Prowincjach Borytejskich i krajach sprzymierzonych. Niech wszędzie tam, gdzie zaprowadzi go droga, niesie pomoc ludziom, obronę słabszym a wszelkiemu złu niech zadaje odpór. Dokument niniejszy podpisujemy i poświadczamy naszym autorytetem, dnia dwudziestego drugiego dziewiętnika roku tysiąc sto drugiego.
Z tej mowy, trudno było Daimoksowi wiele wywnioskować, poza tym że jest wolny i otrzymał misję podróżowania i umacniania porządku w Prowincjach, daleko poza Ostrokołem.
Jeden z zakonników, o gęstej rudej brodzie, przyniósł mu i podał tarczę oraz miecz. Zakonnik wyglądał na tyle znajomo, że rycerz wiedział, kim naprawdę jest. Sam jednak nie dał po sobie tego poznać – bowiem i ten, kim naprawdę był zakonnik, nie przez przypadek się ukrywał. I nie przez przypadek, gdy poszedł co cerkwi, cała obstawa wyruszyła „na nabożeństwo”.
Daimoks został sam, na pustym placu, tuż przed świtem. W cerkwi rozbrzmiały śpiewy, ale nie mógł tam wejść. I trudno było to jemu przed sobą przyznać – ale nie chciał.
Dostał wolność. Dostał nagrodę. Dostał to, co zawsze chciał.
To był najlepszy sposób, by rycerz nie wchodził w drogę Cesarzowi, a Cesarz – rycerzowi.
Słowo wyjaśnienia (bez oddzielnego wpisu)
Przedstawiony tekst, to jedna z emanacji projektu, o którym można powiedzieć że pracuję najdłużej. Pierwsza wersja powstała w roku 2002. Owoc fascynacji komputerowymi rpgami tak zachodnimi, jak wschodnimi. To też rok w którym otrzymałem pierwszą papierową grę rpg - na 12 urodziny dostałem podręcznik do gry "Przebudzenie Ziemi". Nie wspominając o mocnym wejściu fantastyki do kin i pod strzechy, za sprawą ekranizacji Drużyny Pierścienia, Kamienia Filozoficznego oraz premiery serialu "Wiedźmin". Projekt jest ze mną do dzisiaj. Jak widać powyżej, staram się umieścić go w realiach inspirowanych Europą Wschodnią (to akurat pod wpływem gatunkowo skrajnie odmiennych opowieści o Jakubie Wędrowyczu, z którymi zapoznawałem się w czasach licealnych, czyli po roku 2006). W przedstawionym tekście widać wpływy prawosławia słowiańskiego, ale nie tylko. I mogę udowodnić to "nie tylko" na podstawie powyższego tekstu. Ale jeśli ujawnię wszystkie tajemnice, to co zostanie?
Przy okazji- technicznie rzecz ujmując, starałem się trochę ominąć okrutne algorytmy na pewnym znanym wszystkim portalu. Część tekstu wrzuciłem tydzień temu, podjudzony przez grono zaufanych ludzi, bym coś udostępnił na fb. Z tego co wiem, nie dotarło.
Tu jednak może więcej osób się z nim zapozna.
Wśród licznych moich twórczych wypraw, ta jest najbardziej wymagająca. Być może w przyszłości coś się jeszcze okaże.
W przyszłym tygodniu wracamy do Astralnego Miru Astralmira, a prawdopodobnie w kolejną niedzielę pojawi się też kolejny tekst o bestiach.
Mam też świadomość że moje życiowe przemyślenia również są mile widziane. Z pewnością i to pozwolę sobie uwzględnić.