Sławomir Binarski znany również jako Binarysław - technik, informatyk, programista, zerojedynkowy woj, wizerunek jego sporządziła Klaudia Uberman
ILUSTRACJA MUZYCZNA lub GĘDŹBĄ ZOBRAZOWANIE
Narzędziem ataku musiała być siła nadprzyrodzona. Czy ktokolwiek odważyłby się stwierdzić, że to siła byle jaka? Nawet gdyby była, mało kto odpowiedziałby, iż tak w istocie jest.
Grono podejrzanych zdecydowanie rozszerzało się względem poprzedniego założenia. Nie był to urównocześniony bądź jednostkowy atak na zabezpieczenia sieciowe. Natomiast kandydatami byli:
1.Przebrani za wczasowiczów wrodzy zaklinacze wszelkiej maści.
2.Mistrzowie sztuk tajemnych z wyspy na której leczył się Pogodan.
3.Jakaś wielce starożytna moc ukryta na planecie
4.Inne zjawiska o właściwościach nie do końca możliwych do wyjaśnienia.
Pierwsze przypuszczenie kazałoby przebadanie dosłownie wszystkich osób przebywających na planecie. Było niezmiernie czasochłonne, odłożono je w razie, gdyby inne domysły zawiodły śledztwo na manowce. Ale wszyscy mistrzowie, w zdrowiu czy w chorobie, oraz ich pomocnicy jak rusałki czy skrzaty, rzucili się do walki przeciw hulaj-grodom. Nie byli chyba tacy głupi, żeby dawać powód dla wyczerpania sił i uszczuplenia środków.
Co do drugiego przypuszczenia, wymienionego jako trzecie: Co jak co, ale zgromadzenie umysłów wystarczająco tęgich by zarządzać wielomiliardowymi przedsiębiorstwami oraz je utrzymywać nie powinno być posądzane o taką głupotę, jak osiedlanie się na planecie pełnej wrogiej mocy. Wszelkie myśli o ziemioukształceniu TTYKI 678 (dziś znanej jako Koman Dirowka) nie mogłyby przerodzić się w czyn, zanim planeta nie została dokładnie przebadana. I o ile pewne nieliczne ślady świadczyłyby (z naciskiem na „by”) o tym, że istniała tu jakaśkolwiek działalność czegośkolwiek, o tyle żadnych śladów złej mocy a tym bardziej złej woli nie odnaleziono. Nie były one wyczuwalne i w onym czasie. Badania otoczenia, dokonywane stale, nie wskazywały na żadną odmianę stanu rzeczy. Ponieważ nie zauważono żadnych latających i zbliżających się przedmiotów, winowajca najprawdopodobniej znajdował się na planecie.
Gdyby wczasy na planecie spędzał niejaki Detektyw Boyarre, byłoby to coś, co Palindromici nazywają „wyjazdem pilota rakiety”. Członkowie Szóstej Wyprawy Kosmosławy nie parali się tajemnicami związanymi z przestępczością, lecz i takie musieli w razie czego umieć rozwikłać.
Tylko, że nie byli w stanie zacząć właściwie od niczego.
Nieszczęścia potrafią przyciągać się niczym burze. Ledwie powstrzymano rozjuszone miasta rozpusty, środki przekazu obiegła wiadomość, iż ryby księżniczki Parkietty zniknęły, prawdopodobnie uprowadzone. Czy można połączyć to zdarzenie z buntem hulajgrodów? Rzecz jasna, że gdy wszyscy skupieni byli na ujarzmianiu jednego zagrożenia, innych zagrożeń to nie wykluczało. Domniemany złodziej wykorzystał po prostu zamieszanie. Pośród dorożek, taksówek i samochodów dostawczych, Załoganci w towarzystwie rusałki Taminy przemierzali wypoczynkowe podwoje Koman Dirowki, przy czym musieli szukać wskazówek bardzo dokładnie. Przekonali się, jak odpoczynek potrafi zmęczyć. Za to nie spodziewali się, iż pewnego rodzaju przełom w śledztwie nastąpi na dachu ich elektrycznego powozu. Przeskoczył przez niego jaszczuroczłowiek-antyscynk, za nim zaś gonił łapacz świrów, bezskutecznie strzelający z kaftannika. Jaszczuroczłowiek trzymał w ręku jakiś rodzaj pudełka. Nie wyglądał na jednego z tych naprawdę groźnych jaszczuroludzi (antyscynki są z reguły poczciwe), ale pozory mogły mylić. Niewiele się radząc, postanowili ścigać pościg. Niestety, kolejne pociski zawierające kaftan łapiący ofiarę po dotknięciu, mijały zwinnego gadoluda. Kosmosłowianie podjechali do zmęczonego pościgiem łapacza i Kordelina krzyknęła, aby nastawił kaftannik na jak największy rozmiar i strzelił na hasło.
Za to elektryczny powóz, którym jechali, był przystosowany dla potrzeb bogatych, wymagających nabywców. Otóż posiadał on wbudowane katapulty na siedzeniach, pozwalające oszczędzać czas potrzebny na opuszczenie pojazdu i dotarcie do pożądanego miejsca. Bardzo pomocne w omijaniu kolejek, z tego powodu też katapulty owe były w wielu miejscach Galaktyki zakazane, chyba że strzelające w górę, ze spadochronem w zestawie. Te akurat nie strzelały w górę. Pogodan i Tamina jechali na meleksie wyposażonym w długą lawetę. Pogodan kolejnym ze zręcznych łapsk gotów był zatrzymać powóz swoich towarzyszy. Ci wystrzelili, gdy kierujący pojazdem Binarysław przesunął dźwignię i wrzasnęli „dom wariatów!” Przycisnęli scynka we czwórkę, przy czym obwiązał ich kaftan, rozmiarem przeznaczony na jakiegoś olbrzyma. Przechwycił go śmigłowiec, śmigiem-migiem zabierając ich wszystkich przed oblicze Komisarza Konwektora.
Przedstawmy sobie taką sytuację: wychowaliśmy się chodząc na trzech nogach, posługiwaliśmy się jedyną ręką przy różnych czynnościach. Codzienna higiena nasza uwzględnia polerowanie łusek, tak by lśniły przy najmniejszym przebłysku światła. Sześć par uszu zastępuje nam doznania dotykowe i wzrokowe. Przykładów można wymieniać w nieskończoność. Ale nawet gdyby pominąć te wszystkie różnice i wyglądać... niemalże tak samo jak sprowadzeni przed oblicze Komisarza, to czy widząc kobietę niemal płonącą z oczu energią, dwóch brodatych i jednego wąsatego woja, oraz jaszczurkę z przerośniętymi kończynami, zgadlibyście od razu, kto z nich jest wariatem, szczególnie że wszyscy przybyli w kaftanie?
Antyscynk zdradził się sam, głośno i wyraźnie twierdząc, iż nie jest obłąkany. W ten sposób popełnił jeden błąd. Niestety, nie był to błąd ostatni.
-Słuchajcie mnie wreszcie! Wiem kto zbuntował hulaj-grody!
-No niby kto?
-Księżniczka Parkietta!
-Do czubków z nim, jazda!
-Kiedy ja właśnie tutaj mam dowody! Patrzcie – włączył urządzenie, które miał w rękach. Świetliste ekrany ukazały dwa obrazy: występ księżniczki oraz zachowanie hulaj-grodów na radarach.
-Jeśli to obejrzymy choćby przez parę minut, zauważymy, że taniec księżniczki i jego ruchy dokładnie odpowiadają ruchom hulaj-grodów. Nie bez znaczenia jest też fakt, że występ i atak nastąpiły w tym samym czasie. To księżniczka zaczarowała hulaj-grody!
-Rzeczywiście, podobieństwo w ruchach jest zaskakujące – stwierdził Konwektor.
-Dodajmy, że podróżując ze strażą, zapewnia sobie bezpieczeństwo. W dodatku objęta jest środkami przedsięwziętymi dla ochrony możnych, a zwłaszcza rządzących przyjeżdżających tu na wypoczynek.
-Komisarzu Konwektorze, to niedorzeczność! Parkietta, nawet gdyby z jakiegoś niewiadomego powodu chciała urządzić taką katastrofę, nie robiłaby wokół siebie takiego szumu!
Antyscynk jakby z nadzieją patrzył na niezbyt miłego Komisarza, który jednak jako jedyny mu wierzył. Chwilę potem nadzieja została zasypana jakby pozbawionym skrupułów budowlanym piaskiem.
-Z kolei pan, panie antyscynku, jest znacznie bardziej podejrzany. Skąd niby mamy wierzyć pańskim informacjom? Zwłaszcza że równie prawdopodobne jest to, iż nawet jeśli ruchy księżniczki i hulaj-grodów zgadzają się, to wynika to z tego, że ktoś się tym po prostu inspirował!
-Dlatego, że przybyłem tutaj jako uwierzytelniony dziennikarz!
-My też mamy „uwierzytelnionych dziennikarzy” w różnych miejscach. To nic nie znaczy. Na przesłuchanie go!
-Ja sobie wypraszam! Ja protestuję! Żądam dostępu do ordalisty!
-Do kogo?
-Ordalisty! Pośród antyscynków kłamstwo zwalczane jest przez krzewicieli prawdy, którzy uściskiem dłoni potrafią ocenić, czy ktoś mówi zgodnie z prawdą!
-No dobra, tylko jak to rozpoznać?
-Każdy, kto powie nieprawdę zostaje porażony elektrycznością.
-E, bzdura. Sprowadzenie takiego zajmie zbyt wiele czasu.
Nie wszystko było jednak dla owego jaszczura stracone. Każdy, kto zastanawia się, jak wygląda antyscynk, niech sobie przedstawi scynka. Taka jaszczurka z małymi, zanikającymi wypustkami zamiast kończyn. Jakby padalec przekształcał się w jaszczurkę albo odwrotnie.
Antyscynki nie mają zaś kłopotów związanych z zanikaniem kończyn. Ich główną cechą jest to, że o ile ich korpus, ogon i głowa wydają się dosyć wątłymi, przeciwwagą dla tego jest silne rozbudowanie i umięśnienie ich kończyn.
-Tamina? Mamy może rękę antyscynka-ordalisty?
-Czekaj, sprawdzę.
Miała, chociaż poszukiwana ręka była całkiem dobrze zagrzebana. I tak oto w sali przesłuchań w policyjnej twierdzy, miejsce miał od wielu wieków znany obrzęd gatunku z odległej, kosmicznej otchłani. Komisarz Konwektor z zażenowaniem patrzył na przygotowania, malowanie się antyscynka w odpowiednie barwy obrzędowe. Kosmosłowianie w skupieniu oczekiwali na rozwój wypadków, Pogodan malował odpowiednie wzory na użyczonej mu ręce. Jeden ze strażników wyczuł nastrój i zasunął zasłony tak, że padało tylko niewielkie światło, przywodząc na myśl ciemną jaskinię.
Wstąpili do kręgu wytyczonego zwiniętymi ręcznikami. Pogodan wyciągnął rękę. Antyscynk z namaszczeniem złapał za nią.
-Antyscynku, mów! Kto jest odpowiedzialny za wypadek z hulaj-grodami?
-Księżniczka Parkietta!
I oto antyscynk został porażony prądem, którego się nie spodziewał. Odrzuciło go na drugi koniec gabinetu.
-Wiesz, co grozi za miotanie oskarżeń wobec księżniczki? Jeden ze strażników górował nad antyscynkiem niczym żuraw- natychmiast do paki!
-Nie, czekajcie. -zatrzymał ich Pogodan. Antyscynku, muszę jeszcze o coś zapytać.
-Nie wiem czy zdzierżę kolejną karę za kłamstwo. Sam już nie wiem, co jest prawdą.
-Zaufaj mi i podaj rękę.
Strażnik odprowadzający nieszczęsnego gada z obrzydzeniem puścił jedną z jego rąk. Dłonie Gada i Kosmosłowianina znów połączył obrzędowy uścisk.
-Antyscynku, czy wierzyłeś, w to co mówiłeś o księżniczce Parkiecie?
Antyscynk przez chwilę wahał się.
-Tak, wierzyłem.
Mimo najszczerszych wrogich zamiarów straży wobec pochwyconego, tym razem karzący strumień energii nie pojawił się. Gadzi dziennikarz prawdziwie wierzył w swoje słowa.
-Nawet jeśli to księżniczka, w dodatku niewinna, warto jej zadać parę pytań. Tylko że jest dla nas nieosiągalna przez wspomniane środki ochrony.
-Może trzeba załatwić sobie wejście przez Sławana? - kombinował Zdzisław.
-Zawsze możemy próbować. Nie zapominajmy jednak że to tylko jeden z wielu udziałowców. Wejście może być trudniejsze, niż byśmy się spodziewali.
-W końcu będzie można coś zrobić. Co prawda czeka nas szamotanie się z papierkową robotą, ale kiedyś tam wejdziemy. Dam wam znać jak już będę coś wiedział.
Kosmosłowianie pożegnali się z Komisarzem Konwektorem. Pozostało im oczekiwać na dalszy rozwój sytuacji. No i kto by pomyślał: czekali tyle, co nic. Odprowadzając Bogdana, Taminę i wózek z rękami trafili na uzdrowisko otoczone kordonem groźnie wyglądających robotów odkażających.
-Przejścia nie ma. Trwa oczyszczanie.
-Ale że co?
-Powtarzam zgodnie z prośbą: oczyszczanie trwa, przejścia nie ma.
-Z czego oczyszczać wyspę pełną co prawda brudu, ale całkowicie naturalnego.
Skażenie mocy?
-Roboty nie czyszczą skażeń mocy.
-No to co?
-Zagrożenie piątego stopnia. Kurz ogarnięty samoświadomością przybrał postać wrogo nastawionych kurzowych dziadów. Trwa usuwanie skutków.
-Ale żeby coś takiego się stało, potrzeba tysięcy lat! To uzdrowisko dopiero od paru tygodni działa, nie zdołało się jeszcze... zakurzyć?
-Kurz może zawsze być skądinąd.
-Znaczy, z jakichś podziemi?
-Trzeba to dokładnie zbadać.
Wujek Zdzisław krzyknął przerażony.
-Co jest? Stało ci się coś?
-Nie nic, tylko...
-Skoro tak, to nie krzycz.
-Tylko jak tu wejdziemy?
-Ja wejdę. Jestem upoważniona – Tamina wyciągnęła kartę wstępu.
-Wpuść nas! Nie możemy cię zostawić samej.
-To może nie być takie proste.
-I tutaj się mylicie! Wiecie dlaczego krzyczałem
Pokazał powód pod postacią niewypakowanych kanapek na podróż. Miały już prawie dwa tygodnie. Nie dziw, że czujniki robotów oszalały. Zdzisław rzucił kanapkę najdalej jak umiał.
Astralmir poczuł nagłą chęć zniszczenia jej. Powstrzymał się jednak. Nie mógł być pewien, czy to wynikało z jego problemów zdrowotnych, czy potrzeby naprawiania wielkiego zła i błędów. Wszyscy prędko weszli do opanowanego przez kurzowe dziady budynku.
CIĄG DALSZY NASTĄPI