Od kiedy pamiętam, nigdy nie lubiłem rano wstawać. Pobudka o 4:00 czy 5:00 to dla mnie istna katorga. Za to lubię bardzo długie wieczory, które mogą sięgać nawet katorgicznych godzin wstawania. Właśnie minął jeden z tych tygodni, których nienawidzę.
Pracuję na 3 zmiany. Pierwsza zaczyna się zawsze o godzinie 6:00. Aby być punktualnie w pracy, muszę wyjść z domu o 5:30, maksymalnie 5:35, każda minuta później oznacza szybsze tempo (wręcz bieg), aby zdążyć nim kuranty oznajmią początek dnia w pracy.
Poprzedni tydzień nie mogę zaliczyć do tych "wyspanych". Najdłużej udało mi się przespać 4 godziny, co później zazwyczaj muszę nadrobić popołudniową drzemką. Zawsze ustawiam w telefonie 7 budzików (w razie jakbym z automatu je wyłączał). Pierwszy krzyczy, żebym wstawał już o godzinie 4:10 i oznacza dla mnie, że niedługo przyjdzie pora podnieść się z wyra. Oczywiście w tym przypadku wyłączam go i zamykam oczy, by jeszcze choć trochę skorzystać z luksusu jakim jest ciepłe łóżko.
Kolejny budzik dzwoni o 4:15, więc wykonuję dokładnie taką samą operację. Magiczną godziną jest 4:24, która informuje mnie, że już najwyższa pora podnieść łeb. Tutaj zaczyna się walka z myślami. Rozsądek mówi, żeby wstać i spokojnie się wyszykować, natomiast bliżej nieokreślone coś krzyczy do mnie, żebym jeszcze 10 minut sobie poleżał. Oczywiście wybieram to "coś".
Po 10 minutach dzwoni kolejny budzik, godzina 4:35 jest już krytyczna i powinienem się do niej dostosować. W tym przypadku wspomniane "coś" już tak głośno nie krzyczy, ale ma lepszy na mnie sposób. Obiecuję sobie, że już wstaję, biorę telefon do rąk i wyłączam pozostałe ustawione budziki. Zazwyczaj w tym momencie wstaję, jednak 2 razy w tym tygodniu się nie udało, a oczy poprostu się zamknęły.
We wtorek po wyłączeniu budzików, poszedłem dalej spać i obudziłem się o godzinie 5:00. Jeszcze było znośnie i wyszedłem na czas. Natomiast w piątek nie było już tak kolorowo, bo jakimś cudem obudziłem się o godzinie 5:20 i w myślach pojawiło się tylko jedno - Nieeee!
Miałem dokładnie 15 minut na wyjście z domu.
Czekało na mnie zrobienie wszystkich porannych czynności, które robię sobie spokojnie w godzinę.
Pierwsze co, to oczywiście kawa. Bez niej nigdy nie zaczynam dnia i na nią zawsze musi być czas. Kiedy kawa z ekspesu już się przygotowywała, w tym czasie robiłem kanapki zwane "zwyklakami", które już kiedyś opisywałem, bo na jakieś inne wymysły nie było czasu. Oczywiście jak to rano zdążyłem się szybko umyć, ubrać i wyszedłem z domu o godzinie 5:35, więc tragedii jako tako nie było. Jedynie nie wyszedłem z psem, ale tym akurat już zajęła się później żona.
Reasumując, da się wyszykować z rana w 15 minut i nie trzeba wstawać aż godzinę wcześniej. Ale czy jest sens katować się na rzecz chwilę dłuższego snu? Myślę, że jeszcze nie raz w moim życiu pojawią się takie przypadki, bo lubię spać, szczególnie rano, jednak wstając do pracy lepiej na spokojnie wszystko zrobić, bo przecież nikt nie lubi nerwów od rana.
Tymczasem dzisiaj zaczynam nocki i przynajmniej wiem, że nie zaśpię 😉